.:Strona główna

.:Powrót

:: Dworskie zakamarki ::
Po zamku Donnersmarcków nie ma już żadnego śladu. Kozłowogórski dwór i jego właścicieli pamiętają jedynie nieliczni najstarsi mieszkańcy okolicy. Zamek ten opisuje w swojej kronice Franciszek Zając. Gdyby nie jego zapiski, historia dworu dawno odeszłaby w cień.

Pierwsze zabudowania dworskie wykonane były z drzewa. Dopiero po przejściu dworu Kozłowogórskiego na własność rodziny Donnersmarcków, stare budynki zburzono. W 1828 roku niemiecki ród książęcy kupił dobra ziemskie od majora Wuntscha, zięcia Jana de Schalscha. Aż do 1867 roku, posesje dzierżawili najpierw hrabiemu Knocków de Wickerode, a potem Mateuszowi Odeldze. Nowe zabudowania postawione zostały dopiero około 1880 roku.


Powrót do przeszłości
"Na terenie starych zabudowań dworskich Donnersmarckowie urządzili park, który ogrodzono wysokim, kamiennym murem"- tak opisuje w kronice Franciszek Zając. Park posiadał aż trzy wejścia-jedno od strony wschodniej (ulica Zamkowa), drugie od strony południowej, a trzecie od północnej. Wszystkie te wejścia zachowały się do dzisiejszego dnia. Od strony wschodniej istnieją pozostałości dawnej bramy-dwa kamienne słupy. Identyczne bramy ze słupami znajdowały się przy pozostałych wejściach do majątku rodziny Donnersmarcków. W parku urządzono staw z płaczącymi wierzbami na brzegach oraz posadzono drzewa-wiele z nich to rzadkie okazy. Posesji pilnowało kilkanaście psów różnych ras. Mimo to, wiejskim chłopcom udało się czasem wkraść przez wysoki mur do parku i nazrywać wiśni czy gruszek. W środku parku właściciele zbudowali w ziemi piwnicę-lodownię, w której przechowywano produkty spożywcze dla rodziny księcia. Pozostałości lodowni częściowo zachowały się do chwili obecnej. Ponadto na terenie parku znajdowała się studnia, z której czerpano wodę dla potrzeb zamku. Ze studni korzystano do czasu doprowadzenia do zamku wodociągu. Moja babcia - Anna Pakuła, która pracowała razem z innymi mieszkańcami Kozłowej Góry u księcia Donnersmarcka wspomina, że właściciele posiadali piękny ogród pełen owoców. - Ogrodem zarządzał ogrodnik narodowości niemieckiej, który razem z rodziną księcia przybył na Śląsk. Pracowałam w ogrodzie razem z jego córką i innymi mieszkańcami Kozłowej Góry. Zbieraliśmy: maliny, gruszki, truskawki, jabłka, porzeczki, brzoskwinie, winogrona, orzechy. Praca ciężka, ale przy zbieraniu mogliśmy sobie jeść z drzew owoce - wspomina babcia.

Po zamkowych krużgankach

W górnej części parku stał zamek, który dochował się do stycznia 1945 roku. Przed I wojną światową i w okresie międzywojennym mieszkała w nim wdowa po Gwidonie Henckel von Donnersmarcku, jego druga żona Rosjanka Katarzyna Slepcow. Z kolei podczas II wojny światowej, w zamku urządzono szpital wojskowy, do którego przewożono z braku miejsc rannych z innych okolicznych szpitali. Zamek wybudowali Donnersmarckowie prawdopodobnie w latach 1870-1875. Częściowo powstał na fundamentach istniejącego już na tym miejscu dworku poprzednich właścicieli. Jak wyglądał zamek? W porównaniu z dawnym dworem był zdecydowanie większy, dwupiętrowy, posiadał wąskie korytarze, okrągłe sklepienia, małe pokoiki na parterze. Z kolei piętra cechowała jak na ten czas nowoczesność. Jacy byli jego mieszkańcy? Rozmawiając z babcią dowiedziałam się, że właściciele dbali o swoich pracowników w przeważającej większości złożonych z mieszkańców wsi.
- Na Boże Narodzenie pani Donnersmarck zaprosiła wszystkie dzieci szkolne do zamku i obdarowała nas świątecznymi paczkami. Weszliśmy do wielkiego holu z szerokimi schodami, pośrodku stała pięknie ubrana i oświetlona choinka, śpiewaliśmy niemieckie kolędy. Pamiętam ten obraz bardzo dokładnie. Wówczas nikt w domu takiego luksusu nie posiadał, większość mieszkańców żyła skromnie. W paczce dostałam niebieską sukienkę, owoce, orzechy i czekoladowe pierniki w kształcie serc - opowiada moja babcia. Babcia pamięta także niektórych mieszkańców dworu.
- Książę Donnersmarck poruszał się na wózku inwalidzkim i zawsze wokół siebie miał czterech pracowników do pomocy. Nosił jesionkę, kapelusz z piórkiem- kojarzył mi się wtedy z myśliwym. Często miał ze sobą lornetkę. Jego żona ubierała się skromnie, zawsze towarzyszył jej mały piesek. Była już starsza, więc chodziła pod laską. Mieli dwóch dorosłych i żonatych synów. Ubierali się podobnie jak myśliwi-głównie w stroje koloru zielonego i czapki z piórami.

Niewyjaśniona tajemnica
Kto podpalił zamek w 1945 roku, tego do dzisiejszego dnia nikt nie wie. Jedni mówią, że zrobili to Niemcy, inni, że stacjonujący wówczas we wsi Rosjanie. Babcia obserwowała pożar zamku z okien domu, ale zaraz po spaleniu ruin nie widziała. Sądząc z jej relacji, pożar musiał być ogromny.
- Pamiętam, jak zamek się palił. Wszystko było w ogniu. Z daleka było widać ogromną, czerwoną łunę. Podpalenia dokonano zimą. Po pożarze chciałam pójść zobaczyć zniszczenie, ale rodzice ze względu na moje bezpieczeństwo nie pozwolili. Wtedy było niebezpiecznie, wszędzie wojsko, broń. Pozostałości po zamku mieszkańcy zabierali. Z cegieł i kamieni wybudowano wiele domów mieszkalnych w Kozłowej Górze. Zachowały się jedynie słupy bramy od strony wschodniej, fragmenty lodowni i zabudowania dworskie.

Cień historii
Nie ma już zamku, ale pozostała historia. Historia spisana odręcznie na kartach kroniki Franciszka Zająca...

DD

Copyright © 2006 Bartosz Makieła & Radek Folta