Rammstein
27.11.09 w katowickim Spodku wystąpiła niemiecka grupa rockowa Rammstein. Zespół powstał na początku 1994 roku, jego nazwa pochodzi od amerykańskiej bazy lotniczej (Ramstein Air Base) w Niemczech, w której miała miejsce katastrofa lotnicza.
Bilety zostały wyprzedane na pniu na długo przed listopadowym występem. Podobnie było w czasie poprzedniej trasy. Koncerty tej bez wątpienia bardzo charakterystycznej grupy są zawsze żywiołowe i widowiskowe. W każdym utworze na scenie dzieje się coś zaskakującego i niesamowitego. Stałym elementem podczas wykonywania utworu "Rammstein" był do tej pory płaszcz noszony przez wokalistę, który nawiązywał do katastrofy, o której opowiada utwór, jednak został on zastąpiony miotaczami ognia przymocowanymi do rak wokalisty. Katowicki koncert promował nowy album "Liebe ist fur alle da", którego utwory przewijały się od samego początku.
Najpierw zabrzmiał Rammlied - chóralne wejście ale to tylko zmyłka - po chwili ruszył thrashowy riff podbity groove'owym podkładem, cała wypełniona po brzegi płyta Katowickiego Spodka zaczęła falować niczym ocean.
Następnie zabrzmiał "Ich Tu Dr Weh" z epicko brzmiącym refrenem i motoryczna gitarową zagrywką, wszyscy zerwali się z miejsc siedzących. Na scenie nastąpiła eksplozja materiałów pirotechnicznych. W czasie utworu "feler Frei" muzycy przywdziali na twarze płonące maski, za pomocą których pluli kolumnami ognia a z jupiterów przypominających silniki odrzutowe świeciło oślepiające światło. W całej hali zapanowała chwilowa ciemność a po chwili zabrzmiał niesamowity "Haifisch" kawałek żywcem wyciągnięty z lat 80 tych przywodzi mi na myśl klimat starego Depech Mode, nawet stojący obok mnie powściągliwy w okazywaniu uczuć kolega zaczął podskakiwać i ruszać głową. Przy "Du Hast" Spodek prawie odleciał a cała widownia skandowała refren. Po krótkiej chwili z głośników dał się słyszeć charakterystyczny tupot tysięcy oddziałów mrówek czyli "Links" na scenie temperatura znacznie została podniesiona przez buchające z metalowego podestu salwy ognia, a ja czułem podmuchy ciepłego powietrza na policzkach... Następnie znany z teledysków kawałek "Ich will" z podłogi zamiast miotaczy w niesamowitym rytmie buchały salwy białej pary, a pomiędzy nimi stali muzycy. Wokalista Till Lindemann w charakterystycznej tylko dla siebie pozie (nogi mocno ugięte dłoń zwinięta w pieść waląca rytmicznie o udo) śpiewał tak wyraźnym basem, że aż ściany drżały. Po jego lewej stronie na gitarze wygrywał ciężkie jak niemiecki czołg riffy Paul Anders.
Na scenie pojawiła się metalowa wanna, w której został umieszczony grający na instrumentach klawiszowych Christian. Z wysokiego na 5 metrów podnośnika wokalista wylał na niego strumień iskier dokładnie takich jakie powstają w czasie spawania, ale nie martwcie się nic mu się nie stało, po chwili biegał już w błyszczącym kombinezonie po ruchomej bieżni i wygrywał na swoich klawiszach "you've got a pussy, I' ve got a dick", a publiczność powtarzała za wokalistą "so what's the problem". Utwór przypomina mi wielki przebój z poprzedniej trasy "Ameryka", którego w tym koncercie zabrakło. Częste zmiany mrocznego klimatu rodem z "Nowej Huty" mieszały się z nastrojową miękką balladą "Fruhling In Paris". Na scenie pojawiła się lampka i przepiękny zabytkowy gramofon, który można obecnie zobaczyć tylko na giełdzie staroci w Bytomiu. Ta balladowa kompozycja przeniosła mnie myślami do samego Paryża. Następnie rozległ się łowiecki sygnał, który sugerował, że utwór opowiada o facetach w tyrolskich kapeluszach uganiających się za zwierzyną lub kobietami.
Muzycy pożegnali się mówiąc dziękujemy Katowice i zeszli ze sceny ale na tym nie koniec, po krótkiej chwili znowu w naszym kierunku zaczęły buchać salwy ognia iskry odbijały się, wystrzeliwane w kierunku realizatora dźwięku. Rammstein zameldował się w komplecie na scenie. "Flake" usadowił się wygodnie na pontonie, który w rytmie utworu "Seemann" niesiony był przez widownię po całej płycie Spodka. Na końcu wokalista założył skrzydła gigantycznych rozmiarów ,z których wysyłał buchające na boki salwy ognia i tak w tej ognistej i pełnej energii atmosferze zakończył się ten niesamowity show. Na twarzach ludzi było widać, że na te dwie godziny przenieśli się zupełnie do innej rzeczywistości i odpłynęli na pontonie razem z muzykami i o to właśnie chyba wszystkim chodzi prawda??
Witold Mieszko
Richie Kotzen
22.11. 09. w katowickim Mega Clubie wystąpił amerykański gitarzysta, kompozytor, autor tekstów i wokalista Richie Kotzen. Muzyk ma za sobą bogatą przeszłość, zanim rozpoczął solową karierę współpracował z takimi zespołami jak: Poison czy Mr.Big .
Muzyka prezentowana przez artystę ma bardzo szeroki zakres bazuje oczywiście na starym solidnym Hard Rocku ale nie tylko. Można w niej usłyszeć elementy jazzu, bluesa, funku soul a nawet popu. Jesienią na rynku ukazał się nowy album Kotzena zatytułowany "Peace Sign". Płyta ta zawiera m.in. utwór pt. "Paying Dues" promowany przez klimatyczny teledysk.
Przed koncertem Richiego na scenie wystąpił Robert Pieculewicz, polski wirtuoz gitary, który zaczynał od występów ulicznych. Stałym miejscem, w którym przez wiele lat można go było zobaczyć i usłyszeć był rynek krakowski, a w sezonie letnim starówka Gdańska i molo w Sopocie. Bywało tak, że bardziej był popularny we Francji niż w Polsce. Jego muzyka została wyróżniona na ogólnoeuropejskim konkursie gitarzystów w listopadzie 2000 roku w Lozannie. W 2006 roku podpisał kontrakt płytowy z francuską firmą fonograficzną Cristal Planet, która wydała jego album "Blue Metal" pod pseudonimem artystycznym Steve Allen. Może gdyby dziewczyną Roberta była Doda to więcej by się o nim mówiło niż do tej pory, a jego płyty leżały by na półce obok Steva Vaia, a nie były wciskane na ulicy przypadkowym przechodniom. Przypomnę tylko, że Robert gra muzykę instrumentalną na jego koncie jest 6 albumów autorskich.
Kompozycje które przygotował na ten niedzielny wieczór były bardzo dynamiczne, żeby nie powiedzieć heavy. Robert chciał rozgrzać publiczność więc jak sam stwierdził ballad nie przewiduje w tym występie. Obok klasycznych rythm- bluesowych fragmentów dominowały brzmienia o zabarwieniu orientalnym i takich było nawet sporo. Artysta stwierdził, że są najlepsze na taki zimny jesienny wieczór i mogą nas przenieść choć na chwile do ciepłych krajów. Kunszt jaki zaprezentował w niczym nie odbiegał od światowej klasy wirtuozów choćby takich jak sam mistrz gitary Joe Satriani .Bogactwo dźwięków wydobywanych z gitary atakowały moje uszy z szybkością światła. Bardzo szybkie zwroty akcji i zmiany tempa nie pozwoliły nikomu się nudzić. Po raz pierwszy ale nie ostatni moje oczy zaczęły się szklić ze wzruszenia. Ta pełna ekspresji muzyka to prawdziwa uczta dla koneserów i fanów gitary. W tym krótkim bo niespełna trzydziestu minutowym występie znalazło się nawet całkiem dobre solo na perkusji. Na zakończenie Robert przedstawił zespół i stwierdził, że są plany występów z wokalistą w składzie. Schodząc ze sceny zapowiedział główne danie wieczoru czyli Richiego Kotzena, dodał że miał okazję widzieć go na próbie no i szczęka mu opadła. Po takiej rekomendacji temperatura wzrosła o kilka kresek a pod sceną gromadziło się coraz więcej ludzi.
Około 20:30 na scenie pojawili się trzej muzycy, którzy rozpoczęli bardzo gwałtownym akcentem. Styl i sposób wyrażania emocji jakże odmienny od Roberta powalał na kolana. Ludzie zgromadzeni pod sceną patrzyli na niego jak na objawienie .sporo ludzi miało otwarte z wrażania usta .U innych natomiast malowała się fascynacja i uwielbienie w oczach. odnosiło się wrażenie, że nikt nie chce przegapić żadnej sekundy z tego koncertu a wszystkie receptory są nastawione na maksymalne pochłanianie każdego wydobywanego dźwięku. Muzyk był ubrany w czarną hipisowską koszulę spodnie w stylu lat 60-tych tz. dzwony. Na jego szyi wisiał dziwny naszyjnik z frędzelkami coś na kształt talizmanu czy amuletu rodem z indiańskiej wioski. Artysta zmienił trochę wygląd zapuścił długie włosy i brodę trochę przypominał Chrystusa. W czasie dwugodzinnego show zaprezentował obok utworów z Noego albumu "Peace Sign" cały przekrój swoich kompozytorskich dokonań oraz znane i lubiane crowery .w jego muzyce słychać wyrażanie wpływy Jimmiego Hendrixa ale i oryginalny własny styl. Kapitalne solówki grane z zawrotną prędkością rozbudziły we wszystkich niesamowite emocje które unosiły się nad całym Mega Clubem. Patrząc na Richiego odnosiłem nieodparte wrażenie, że on gra każdym atomem swojego ciała. Muzyka cechuje też bardzo dobra barwa głosu trochę przypominająca mi Michaela Boltona
Nagle niespodziewanie za zestawem perkusyjnym zasiadł czarnoskóry perkman, który swoją grą jeszcze bardziej zdynamizował ten wyjątkowy koncert. Na koniec bisy wśród których nie mogło zabraknąć "Paying Dues" - publiczność szalała Richie przywdział na swoją zlaną potem głowę czarny turban i grał w nim już do końca . Tak powinny wyglądać dobre koncerty mało gadania i maximum fantastycznej muzyki. na uwagę zasługuje fakt że można stworzyć taki klimat nie używając całej gamy gitarowych efektów oraz ozdobników i sztuczek technicznych, którymi posiłkują się współcześni pseudo gitarzyści.
Witold Mieszko
RPWL
RPWL to niemiecka grupa muzyczna pochodząca z Fryzyngi na Bawarii. Ich muzykę można zakwalifikować jako rock progresywny z elementami artrocka.
W muzyce grupy widać duży wpływ twórczości Pink Floyd, zaczynała ona w roku 1997 od grania coverów właśnie tego zespołu. Szybko jednak wypracowała swój własny styl i do dnia dzisiejszego opublikowała kilka bardzo udanych albumów. Sama nazwa "RPWL" pochodzi od pierwszych liter imion muzyków.
W czwartkowy wieczór muzycy zawitali do Andaluzji by dać niezapomniany występ.
Bilety na ten koncert rozeszły się jak ciepłe bułeczki ,takiego zainteresowania koncertem od dawna nie pamiętam. Na parkingu i przed Domem Kultury i w jego pobliżu nie można było nawet szpilki wetknąć. Podobnie było wewnątrz tej mogącej pomieścić kilka set osób Sali.
Spektakl rozpoczął się z lekkim poślizgiem.
Zaczęło się zgodnie z zapowiedziami, RPWL rozpoczęli prezentację albumu Animals. Nie jest to moje ulubione wydawnictwo Pink Floyd, nie mniej sposób w jaki zabrzmiał on ze sceny spowodował, że aż czuło się klimat końcówki lat 70-tych. Były solówki a'la Gilmour, psychodeliczne klawiszowe plamy i długie klawiszowo gitarowe solówki a przy Pigs po raz pierwszy tego wieczoru poczułem ciarki. Drugi raz (i tak już było niemal do końca) pojawiły się one w chwili gdy pojawiły się dźwięki... pierwszej części Sine on You Crazy Diamond!!! Mówcie sobie co tam chcecie, w moim prywatnym rankingu - Wish You Were Here to najlepszy album tego zespołu i basta. Genialne sola i ten klimat! Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że to nie jest jedyny przedstawiciel tej płyty a licznie zgromadzona publiczność miała przyjemność usłyszeć kolejny, odegrany w całości majstersztyk spod znaku Pink Floyd! Niesamowita atmosfera i rozentuzjazmowany tłum wręcz chłonął dźwięki ciężkiego Welcome to the Machine czy genialnego Have a Cigar. Oczywiście apogeum nastąpiło w trakcie kultowego (choć moim zdaniem nieco "przereklamowanego") tytułowego Wish You Were Here. Na koniec druga, długaśna część Szalonego Diamentu i zagadka, co teraz?? Haaa, otwiera się kasa, przesypują się pieniążki, Money! Muszę przyznać, że sposób realizacji dźwięku (a było kwadrofonicznie) w tym przypadku zabrzmiał piorunująco. Charakterystyczna partia basu i ta melodia, którą znają chyba wszyscy (pamiętam, że to był pierwszy utwór Floydów, który miałem przyjemność słyszeć w moim zyciu, a było to lata temu, gdy ojciec serwował mi to ze szpulowego Grundiga - to były czasy, żadnych mp3, Internetu itp. wynalazków, a jednak dało się żyć;-) )
Oczywiście nie mogło obyć się bez bisu i RPWL zostali wywołani na scenę, gdzie zaprezentowali medley utworów z wcześniejszych albumów brytyjskiej legendy.
To było niezapomniane wydarzenie. Fantastyczny show, wyśmienitego zespołu, który zaprezentował utwory swoich mistrzów. Ten wieczór pewnie na długo zapadnie w pamięci tam zgromadzonych, było nieziemsko i należy sobie tylko życzyć takiej frekwencji na wszystkich koncertach organizowanych w naszym kraju!!
Witold Mieszko
The Brew
Pochodzące z Grimsby (UK) The Brew jest jednym z najbardziej ekscytujących i wibrujących zespołów, o których się ostatnio mówi. Jason Barwick, 19 letni gitarzysta jest porównywany do Hendrix'a i Jimmy Page'a. Razem ze swoim przyjacielem Kurtisem Smithem (20), nazwanym "Brusem Lee bębnów" otwierają nowa kartę w historii brytyjskiego Rocka. Ich muzyka inspirowana bezpośrednio z lat 60 i wczesnych 70, buduje tradycje rocka w nowoczesnym brzmieniu, znakomicie uzupełnianemu przez trzeciego członka zespołu Tima Smitha (ojca Kurta), który jest wokalistą i basistą zespołu. Muzycy dając dziesiątki znakomicie przyjmowanych koncertów w całej Europie stworzył niesamowity show.
Tak też było wtorkowego wieczoru w Andaluzji gdzie ta energetyczna kapela dała dwugodzinny koncert .
Gra gitarzysty wprawiła mnie w osłupienie po prostu nie mogłem uwierzyć że tak młody człowiek prezentuje tak wysokie umiejętności. Z dziecinną łatwością wygrywał solówki będące doskonała idealną kopią tego co w latach 60 - tych wyprawiał Hendrix i Page.
Solo, które zagrał na gitarze smyczkiem było po prostu fenomenalne. Dodatkowego smaczku dodaje fakt że Barwick grał te wszystkie kawałki biegając i skacząc. Były momenty kiedy trzymał gitarę za głową i bez szkody dla techniki grał dalej. Oprócz tych utworów artysta z powodzeniem sięgał po utwór, Stevie Ray Vaughana który brzmiał na piekarskiej scenie jak oryginał. co jakiś czas spoglądał daleko w ostatnie sektory a na jego twarzy widniał zawadiacki uśmiech jak by chciał powiedzieć" stójcie mocno na ziemi bo to dopiero początek tego co jeszcze was czeka"
I tak faktycznie było, po tych rewelacyjnych popisach nastąpił moment kulminacyjny tego występu a mianowicie perkusista zaczął grac solo które przypomniało mi czasy Jonhna Bonhama (Led Zeppelin). Było w nim wszystko ,wirtuozeria poparta niewiarygodną szybkością i techniką ale był też klimat który nie każdy perkusista jest w stanie stworzyć w tak krótkim czasie. Piekarska widownia stała jak wryta sam dyrektor Piotr Zalewski stwierdził potem że "nawet na festiwalach perkusyjnych gdzie występowały gwiazdy światowego formatu nie było takiego sola" i kiedy wydawało się wszystkim że już lepiej się nie da perkusista wyrzucił w niebo swoje pałeczki i zaczął grac gołymi rekami z szybkością światła .
Emocje jakie wyzwolił ze mnie ten zespól na długo jeszcze po koncercie tkwiły głęboko we mnie i nawet wielka gwiazda która wystąpiła w czwartek RPWL nie była w stanie doprowadzić mnie do podobnego stanu.
Witold Mieszko
Vader
Zespół wyruszył w trasę po Polsce promującą jego najnowszą płytę "Necropolis".
Miałem okazję uczestniczyć w zabrzańskim koncercie, który odbył się w "Wiatraku".
To jedyne, wyjątkowe miejsce, swoim wystrojem przypomina raczej opuszczoną stodołę niż salę, w której odbywa się większość śląskich rockowych koncertów. Mimo bardzo spartańskich panujących we wnętrzu warunków atmosfera tego osobliwego miejsca jest niesamowita.
Surowe ściany zakratowane malutkie okienka drewniany strop i półmrok wyzwalają iście satanistyczny klimat rodem z filmów grozy.
Vader zabrał ze sobą na trasę znamienitych gości a byli to: szwedzki Madruk ,Chainsow z Bydgoszczy oraz wrocławski Esqarial.
Każdy z wymienionych zespołów znacznie różnił się od siebie i każdy prezentował nieprzeciętne umiejętności . Esqarial to wirtuozeria w najwyższym wydaniu . Lawinowo wydobywane dźwięki z gitary Marka Pająka po prostu wprawiły mnie w zachwyt. Chwilami czułem się jak na koncercie Yngwie Malmsteena. Ten facet po prostu nie grał lecz fruwał po całym gryfie gitary, z której wydobywał dźwięki godne największych wirtuozów tego zmysłowego instrumentu.
Chainsow to bardzo dynamiczna i żywiołowa dawka energetycznego melodyjnego heavy metalu. Liderem grupy jest demoniczny wokalista Maciej "Maxx" Koczorowski. Długie włosy do pasa rozwiewane były przez wentylator ,wyglądało to jakby nad jego głową zawisła gigantyczna ośmiornica. Na koniec świetnie przerobiona wersja grupy Qeen "We Will Rock You "porwała całą zabrzańską publiczność. Po krótkiej przerwie na scenie pojawili się muzycy z pomalowanymi twarzami czyli Madruk. Zespół zaprezentował barbarzyński black metal. Bardzo ostre granie połączone z wściekłą barwą głosu Erika dała mieszankę wybuchową. publiczność szalała a razem z nią cały zespół, który zlany potem i wodą nie oszczędzał swoich sił i grał do upadłego.. Około godziny 21;15 zagrała gwiazda wieczoru zespół Vader.
Pamiętam jak występowali na Metalmaniach w katowickim spodku ,wtedy ich muzyka wydawała mi się nie do przejścia po prostu ściana dźwięku.
Jednak lata robią swoje moje gusta się zmieniły a obecny Vader to już zupełnie inna formacja. Rok temu nastąpiła zmiana składu .Muzycy prezentują nową siłę ,grają bardziej żywiołowo niż kiedykolwiek .Większość materiału zaprezentowanego na koncercie pochodziła z najnowszej płyty.
"Nekropolis" brzmi dynamicznie ale i nie jest pozbawiona klimatu, który dominował na starszych płytach .Jest zbliżona do tych pierwszych w dyskografii Vadera.
Album charakteryzuje się różnorodnością klimatu, jak na ekstremalną muzykę metalową sporo się działo w tle .Szaleńcze zmiany tempa niesamowicie szybkie riffy plus ta galopująca perkusja wbijały w ziemie .W tym zespole nie grają i nigdy nie grali przypadkowi ludzie. to muzycy, którzy mają za sobą spore doświadczenie . Każdy z nich grał poprzednio w kilku zespołach .To połączenie nowej energii i rutyny( w pozytywnym słowa tego znaczeniu) musiało zaowocować .Czuło się wyrażanie charyzmę i piękno oraz wielki kunszt grających na scenie muzyków. Nikt nie stał w miejscu i nikt się nie oszczędzał .Pot lał się strumieniem z głów muzyków. Po prostu dali z siebie wszystko i to było widać , tak powinny wyglądać dobre koncerty i tak jak ja powinni się po nich czuć wszyscy fani .W momentach między utworami ludzie domagali się swoich ulubionych tytułów na co lider grupy Piotr Wiwczarek "Peter" odpowiadał, że chętnie by zagrali wszystkie kawałki ale nie jest to fizycznie możliwe by je zapamiętać i w tym momencie odtworzyć. Nastąpiła krótka przerwa zespól zszedł ze sceny by powycierać zalane potem gitary i po krótkiej chwili muzycy znowu wyszli na scenęby zagrać bisy. Stałem akurat przy głośniku by zrobić dobre zdjęcia i przypłaciłem to chwilową utratą słuchu .Stojący blisko mnie basista Vadera grał jak w transie .Całe jego ciało wypełniała od stóp do głów ta grana w szaleńczym tempie muzyka. Jego włosy wyglądały tak jakby ktoś wylał przed momentem na nie kubeł wody . Zespól zakomunikował, że ich kolega nagłaśniający koncert ma urodziny i w tej chwili zagrali mu sto lat.
Nikt po tym występie nie mógł się czuć zawiedziony ,wszyscy jak jeden mąż twierdzili, że to był super koncert.
Witold Mieszko
COMA
W parku rozrywki w Chorzowie w ramach Beer festiwalu wystąpił zespół Coma
Grupa powstała w 1998 roku w Łodzi z inicjatywy gitarzysty Dominika Witczaka
i perkusisty Tomasza Stasiaka.
Koncert rozpoczął się dość późno bo o 22:30. Mimo tej nietypowej pory nikt spośród kilku tysięcy ludzi nie myślał nawet o zasypianiu. Wszyscy czekali na to wydarzenie bardzo podekscytowani, gdyż występy tego zespołu zawsze są bardzo energetyczne i żywiołowe.
Wokalista Piotr Rogucki posiada wielką charyzmę i rzadko spotykaną osobowość.
Szybko nawiązuje bardzo dobry kontakt z publicznością i do końca koncertu panuje nad zgromadzonym pod sceną tłumem fanów. Na koncercie Comy nikt nie stoi w miejscu ,ze sceny bucha ogromna energia, która porywa publiczność do bardzo żywiołowej zabawy. Ciężkie brzmienia gitar połączone z potężnym głosem Piotra powalają z nóg. Nie bez powodu w 2009 zespól otrzymał 2 Fryderyki w kategoriach "Zespół rocku" oraz "Album roku-rock" za swój krążek "Hipertrofia", a wokalista Piotr Rogucki został wyróżniony statuetką Fryderyka w kategorii "Wokalista roku"
Dawno nie byłem tak pozytywnie naładowany jak na tym sobotnim koncercie. Coma w mistrzowski sposób potrafi przechodzić z bardzo dynamicznych ostrych i ciężkich brzmień do bardzo spokojnych wyzwalających nostalgiczny nastrój klimatów. To właśnie wyróżnia ich muzykę spośród wielu kapel. Mają to coś, co trudno zdefiniować, każdy utwór jest dla mnie zagadką i niespodzianką. Szybkie zwroty akcji, zawrotne tempo nagle, niespodziewanie przeradzają się na w spokojną rockową balladę by po chwili uderzyć znienacka frontalnym atakiem rozwalających wnętrzności riffów gitarowych rodem z piekła. Szczególnie wrażenie wywarł na mnie utwór "Transfuzja", który ma w sobie taką ogromną moc, że obecnie żaden inny kawałek grany nawet przez gwiazdy światowego formatu nie zapada tak głęboko w pamięć. Nie można słuchać takiej muzyki z obojętnym wyrazem twarzy, ta forma ekspresji wywołuje drgawki nawet u najbardziej sztywnych i opanowanych ludzi w pewnym momencie już sam nie wiedziałem czy mam skakać machać rekami potrząsać głową czy może robić zdjęcia .Tylko wybitni wykonawcy mogą wyzwolić w moim organizmie podobne reakcje, które zapadają w mojej pamięci na całe życie . Zaskakujący jest również wygląd sceniczny muzyków a zwłaszcza wokalisty Piotra Roguckiego, który moim zdaniem nie za bardzo pasuje do granej przez zespół muzyki. Patrząc na jego ubiór można odnieść wrażenie, że właśnie urwał się z pobliskiej dyskoteki.
Cała chorzowska biesiada trwała trzy dni. Oprócz kapitalnego koncertu Comy na chorzowskiej scenie wystąpiły takie gwiazdy jak: Feel i Kayah.
Jedynym aczkolwiek poważnym minusem tej fajnej imprezy były grupki pijanych małoletnich wyrostków, którzy przepychali się nie zważając na spokojnie stojących ludzi w różnych kierunkach, zakłócając tym samym właściwy odbiór muzyki. Po wyrazie twarzy niektórych małolatów można było wywnioskować, że tak naprawdę stracili kontakt z rzeczywistością i nie bardzo wiedzą po co tak naprawdę tu przyszli. W pewnej chwili miałem już tego serdecznie dość i ewakuowałem się na dalsze bezpieczne pozycje. Wracając późną nocą na parking, na którym miałem postawiany swój samochód słyszałem głośne, psujące miłe wrażenie przyśpiewki młodych ludzi, którzy najwyraźniej pod wpływem działania napoju chmielowego pomylili tą piknikową imprezę z meczem GKS -U Katowice.
Witold Mieszko
Wielka Madonna po raz pierwszy w swojej długiej karierze przyjechała do Polski.
Nowa trasa zatytułowana Stoicky & Sweet Tour i jej warszawski koncert na Bemowie budziły od samego początku sporo kontrowersji.
Występ, który zaplanowano na 15 sierpnia zbiegał się ze świętem kościelnym. Liczne protesty miały zakłócić ten koncert, ale skończyło się tylko na gadaniu, jak mówi przysłowie "z dużej chmury mały deszcz". Swoją drogą dlaczego ci zagorzali przeciwnicy wyszli z założenia, że wszyscy w naszym kraju są katolikami i dlaczego w tak głupi i prymitywny sposób pragnęli zwrócić na siebie uwagę?. Jeśli ktoś chce się modlić to idzie do kościoła a ten kto chce iść na koncert udaje się na Bemowo i wszystko w tym temacie.
Wracajmy jednak do koncertu. Bilety jak zwykle bardzo drogie - najtańsze po 220zł ale jak pokazało życie przed koncertem można je było nabyć i za 120zł.
Do Warszawy udałem się dosłownie na ostatnią chwilę - było to działanie zupełnie spontaniczne i wczesnej nieplanowane, więc tym bardziej moje podekscytowanie niespodziewanym przebiegiem wypadków było ogromne.
Ach to Bemowo!
Takich miejsc można szukać, że świecą. W ogóle Warszawka ma swoisty dar do fatalnej organizacji takich przedsięwzięć. Źle było na U2 na Służewcu i jeszcze gorzej na Michaelu Jacksonie, wiec i tym razem nie mogło być inaczej.
Proszę sobie wyobrazić jak blisko 100 tyś wiary wpuszczanych jest jednym wąskim wejściem, po prostu zgroza. Niekończące się morze ludzi deptających się po piętach, ściśniętych jak sardynki w puszce. Przez wiele godzin usiłowało pokonać tę bramkę a potem trzy następne. Wyczerpałem w swoim słowniku wszystkie słowa na "cha" i " ku". Z żalem wspominałem wspaniały nasz stadion śląski i jego perfekcyjną organizację wielu podobnych imprez - chociażby ostatni koncert U2.
Po pokonaniu ostatniej bramki miałem już trochę dość bo musiałem skrzętnie ukrywać mój aparat fotograficzny, którego nie wolno było wnieść, ale tu pojawił się absurd bo wolno było wnosić telefony komórkowe które jak wszyscy wiemy są małymi komputerkami i posiadają nie tylko aparaty ale i dyktafony oraz kamerki.
Po wejściu do środka moim oczom ukazała się gigantyczna scena, która po tym co zobaczyłem na U2 nie powaliła mnie swoim wyglądem. Nie różniła się niczym od tradycyjnych scen z małym wyjątkiem, była bardziej naszpikowana elektroniką.
Przed występem Madonny publiczność rozgrzewał D.J który całkiem nieźle sobie radził miałem chyba wtedy pierwszy i jedyny raz ciary na swoim ciele. Niestety gdy przestał grać zapanowała niepotrzebna zbyt długa przerwa, w czasie której całe napięcie opadło. Madonna jak przystało na gwiazdę spóźniła się 20 minut. Występ rozpoczęła krótka wizualizacja połączona z muzycznymi wstawkami, po której ukazała się gwiazda wieczoru w pozycji siedzącej. W charakterystyczny sexowo-skandalizujący sposób przebierała swoimi nogami w lewo i w prawo, ubrana jak tancerki klubów nocnych w ręce trzymała bacik podobny do tego jaki używają dżokeje. Utwory, które obecnie wykonuje artystka w niczym nie przypominają tych, na których się wychowałem i tych przy, których przeżywałem pierwsze muzyczne uniesienia. Trudno je w ogóle sklasyfikować jako utwory - są to po prostu remixy, składanki zlepki dźwięków, w których refrenie można z trudem rozpoznać dawne przeboje. W pewnej chwili miałem nie odparte wrażenie, że jestem na gigantycznej współczesnej dyskotece, w której króluje elektronika i techno. Podobno muzyka pop musi ciągle ewaluować i żeby utrzymać się na topie przez tyle lat artysta musi je przerabiać, ale nie przemawia to do mnie. Może nie nadążam za postępem i duchem czasu ale wolę pierwsze wersje.
W tej ścianie elektronicznych dźwięków całkiem swobodnie znajdowała się Madonna, która niczym instruktorka fitness prezentowała wspaniała umięśnioną sylwetkę i nienaganną kondycję. Gdy skała przez skakankę nie widać było na jej twarzy zmęczenia i kropli potu.
Widać było gigantyczną pracę, którą wkłada artystka by uzyskać taki rezultat. Pod względem tanecznym było super, na uwagę zasługują również nietuzinkowi tancerze, którzy niemalże cały czas towarzyszyli piosenkarce na scenie. Co do zespołu muzyków niewiele mogę powiedzieć bo byli tylko dalekim tłem zupełnie mało nieistotnym w tym całym show, a na domiar złego Madonna zapomniała ich przedstawić.
Ostatnimi czasy artystka zapragnęła grać na gitarze i coraz częściej wychodzi na scenę z tym zmysłowym instrumentem. Co do jej umiejętności gry wolałbym się nie wypowiadać, podobnie jak nie bardzo jest mi zręcznie poruszać temat śpiewu.
Naprawdę źle się czuję kupując taki drogi bilet, a artystka tego formatu wyraźnie fałszuje w kilku kluczowych refrenach. W takich momentach ja sam dostaje rumieńców wstydu i zażenowania. Były oczywiście momenty czystego śpiewu, ale jak się później okazało była to muzyka puszczana po prostu z playbacku.
W radiowej trójce dzwonili fani i mówili po koncercie, że niewielu artystów potrafi jednocześnie tak się ruszać i czysto śpiewać, ale czy jest to wystarczające wytłumaczenie?
Po tej dawce techno energii nastąpił moment spokojniejszy, mianowicie pojawił się element folkloru cygańskiego. Madonna w otoczeniu trupy kolorowo ubranych muzyków usiłowała wpleść w ten show ballady o zabarwieniu ludowym - cygańskim, hiszpańskim nie wiem już jakim. Zupełnie mi to nie pasowało do całości, ale może kontrasty są mile widziane. Moim zdaniem był to słabszy moment koncertu, ale na tym nie koniec. W czasie tych piosenek nastąpił przygotowany przez publiczności moment, w którym próbowano odśpiewać artystce sto lat - niestety zupełnie to nie wyszło. Piosenkarka w ogóle w pierwszej chwili nie wiedziała o co chodzi? I kazała nam być cicho dopiero po chwili ktoś z ekipy jej wytłumaczył co jest grane i co ci Polacy wyrabiają. Na widowni pojawiły się wycięte białe serduszka, którymi fani zaczęli machać .
Na drugi dzień przeczytałem, że była wzruszona ale jakoś tego nie odczułem.
Co do kontaktu z publicznością, moi współtowarzysze podróży twierdzili, że był lecz czy można nazwać kontaktem zejście w ostatnim kawałku bliżej ludzi i przybicie im przysłowiowej piątki. Może gdybym nie jeździł tyle na koncerty i nie miał porównania to bym przyznał im racje. Po tym "bliskim" kontakcie z polską publicznością artystka pożegnała się krótkim goodbye i zeszła ze sceny. Ja specjalnie się nie przejąłem bo wiem, nauczony doświadczeniami, że w tym momencie zawsze następują bisy. Lecz tym razem nastąpiła kolejna niespodzianka : na telebimach ukazał się napis "Game Over" i zapaliły się górne światła.
Przez pięć minut byłem w lekkim szoku zanim do mnie dotarło, że bisów nie będzie i że to już koniec. Niestety okazało się, że moje oczekiwania były zbyt duże i nawet tak wielka artystka jak Madonna nie była w stanie im sprostać, może po prostu zbyt późno przyjechała do naszego pięknego kraju.
W drodze powrotnej zła organizacja dała raz jeszcze znać o sobie. Autobusy i tramwaje, które miały być podstawione gdzieś wyparowały. Cały tłum ludzi zmierzał w kierunku centrum niczym gigantyczna pielgrzymka i nawet nikt nie narzekał, może w ten sposób zjednoczyliśmy się ze świętującymi w tym dniu katolikami.
Witold Mieszko
U2 Chorzów 2009
6 sierpnia na Stadionie Śląskim w Chorzowie 70 tyś fanów zjawiło się by zobaczyć występ Irlandczyków z U2. Koncert odbył się w ramach ogólnoświatowej trasy U2 360 Tour promującej "No line on the horizon". Muzycy odwiedzili Polskę po raz trzeci.
To była noc, której nie da się zapomnieć. Zespół rozpoczął od utworów z najnowszej płyty: "Breathe", "No Line on the Horizon", "Get On Your Boots", i "Magnificent". Po trzeciej piosence lider grupy przywitał się z publicznością słowami : Chorzów, Katowice. Cracow, Warsaw . Witam!!!
Scena prezentowała się oszałamiająco. Konstrukcja była pokryta zielono-pomarańczową powłoką, a w niebo wznosiła się wieża zakończona srebrną kopułą. Całość miała kształt gigantycznego pająka (w jego odnóżach umieszczono światła, a pomiędzy nimi zestawy głośników). Najdalej położone "łapy" kosmicznego stwora dzieliła odległość 68 metrów. Na środku sceny a właściwie pod jaj sklepieniem umieszczono ogromny, cylindryczny ekran - całkiem przypominający te stosowane w koszykówce NBA. Na tym ekranie cały stadion mógł oglądać twarze i sylwetki muzyków ich zachowanie na scenie oraz podziwiać zmieniające się jak w kalejdoskopie wizualizacje. We wnętrzu całej gigantycznej konstrukcji znajdowała się scena główna, a całość okalała bieżnia i prowadzące do niej dwa ruchome mosty, po których biegali muzycy. Pomiędzy tymi scenami bawiło się 2 tysiące szczęśliwców, ale też najbardziej wytrwałych fanów - po kilka godzin czekali przed bramami stadionu by po otwarciu jak najszybciej wbiec na płytę i zając upragnione miejsca. Zgodnie z zapowiedziami fani podczas utworu "New Year's Day" utworzyli ogromną biało - czerwoną flagę. Ludzie bawiący się na płycie machali czerwonymi kartkami i koszulkami na a Ci na trybunach - białymi. Na biało czerwono był też podświetlony olbrzymi telebim.
Podobnie jak przed czterema laty, była to forma podziękowania za utwór napisany w latach 80-tych z myślą o Polsce i o "Solidarności" w stanie wojennym. Bono wówczas powiesił na perkusji flagę z logo "Solidarności" i zawołał "Tank sou so much!" Stadion odpowiedział wówczas gromkim "Dziękujemy!"
Bono powiedział następnie: - "Cieszę się że mogliśmy znowu tutaj przyjechać. Poczuć tego ducha, który sprawia że Wasz kraj zmierza w wyjątkowym kierunku" Europa potrzebuje więcej takich krajów jak Polska. Publiczność wiwatowała...
Potem nastąpiło wspólne odśpiewanie wielkiego hitu U2 "Still
Haven't fund what I'm looping for"
Koncert był porywający, pełen zwrotów akcji, zmian tempa i specjalnymi efektami specjalnymi płynącymi z gigantycznej sceny. Blisko 2,5 godziny grała grupa sprawiając że 70 tysięczny tłum przeniósł się na ten czas w inny świat.
Witold Mieszko
Ku przestrodze
XI Festiwal im. Ryszarda Riedla zatytułowany "ku przestrodze" nie odbył się jak co roku w Tychach - Paprocanach lecz w Chorzowie. Dzięki tej zmianie, która nie ukrywam jest mi bardzo na rękę, miałem okazje po raz pierwszy w nim uczestniczyć. Wybrałem się więc na ten dwudniowy maraton dobrze przygotowany - mianowicie byłem wyposażony w karimatę, parasol, napoje i żywność w postaci własnoręcznie wykonanych przepiekanych bułeczek. Nie planowałem kupowania biletu gdyż znam lokalizację Pól Marsowych, na których odbywał się festiwal. Wiedziałem, że na pewno będzie słychać, a może nawet uda się coś zobaczyć. Postanowiłem przeżyć to wyjątkowe wydarzenie z perspektywy ludzi, którzy nie mają biletów, a równie dobrze jak ci w środku potrafią się bawić. Mój pomysł okazał się nadzwyczaj ciekawym doświadczeniem. Każdy dzień zupełnie różnił się od poprzedniego i wcale nie mam tu na myśli muzyki.
Pierwszego dnia festiwalu (24.07.09 ) rozpoczęły się przesłuchania konkursowe, które trwały do godziny szesnastej następnie wystąpiła niespodzianka - czyli zbieranina gwiazd polskiej sceny rockowej, coś na kształt wrocławskiego rekordu Guinnessa Thinks Jimi. Po krótkiej przerwie przeznaczonej na zmianę sprzętu wystąpiła grupa Voo Voo. Ich koncert oglądałem po raz pierwszy i bardzo mi się spodobał. W ich muzyce jest coś niesamowitego - płynne przejścia z prostych rytmów do bardzo wyrafinowanego jazzu, aby wreszcie w kulminacyjnym momencie ostro przysolić po garach. Muzycy zaprezentowali bardzo dojrzałe granie, wyrafinowaną głęboko przemyślaną muzykę. Na gitarze nie kto inny jak Wojciech Waglewski, który wygrywał piękne solówki i śpiewał. Niestety śpiew nigdy nie był jego mocną stroną. Na saksofonie poeta tego instrumentu Mateusz Pospieszalski. Piotr "Stopa" Żyżelewicz instrumenty perkusyjne, na gitarze basowej zagrał Karim Martusiewicz. W tekstach przeważa proste słownictwo nawiązujące do mowy potocznej, ale jednocześnie są one pełne gier i zabaw językowych, a treści dotyczą przeżyć egzystencjalnych i metafizycznych. Pod tym względem są bliskie utworom Lecha Janerki.
Sam Waglewski uważa, że ważniejsza jest muzyka, a pisanie tekstów traktuje jako dodatek do niej. W czasie trwania tego koncertu ja usadowiłem się tuż przy ogrodzeniu i miałem jak powiedział do mnie przechodzący człowiek kapitalne miejsce bo i podgląd na telebim i słonko opalało moją skórę , a ja leżałem sobie wygodnie na karimacie popijając zimne piwko. Następnie przyszła kolej na Raya Wilsona, który zasłynął jako frontmen Genesis.
Teraz przeprowadził się do Polski, a konkretnie do Poznania i dzięki temu często koncertuje w naszym kraju. W jego muzyce przeważają ballady, które bez wątpienia uszlachetnia jego oryginalny głos przy którym nawet muzycy Genesis mają ciarki na plecach. Smaczku dodaje gitara akustyczna. Artysta sięga jednak po chwili do utworów, które wykonywał z Genesis i wtedy atmosfera na koncercie znacznie się ożywiła. Na koniec zaśpiewał covery - wtedy wreszcie na jego twarzy pojawia się wyluzowany uśmiech, a koncert nabiera właściwego kształtu, energii, która emanuje ze sceny i natychmiast zostaje podchwycona przez chorzowską publiczność. Artysta żegna się i schodzi ze sceny. Wreszcie przychodzi czas n na gwiazdę pierwszego formatu Perfekt. Wokół mnie nie ma już wolnego miejsca mogę zapomnieć o wygodnym leżeniu na mojej karimacie. Koniec z opalaniem i luzem, czas zabrać się do wywoływania Grzegorza Markowskiego na scenę, który właśnie przechodził niedaleko naszego ogrodzenia. Około godziny 22 zespól pojawia się na estradzie prezentując przy tym niezła formę i typową żywiołowość charakterystyczną dla tego zespołu. To mistrzowie budowania nastroju, szybkich i żywiołowych kawałków szybko przechodzą do spokojnych utworów, ale zawierających silny przekaz - nasycone są bardzo silnym ładunkiem emocjonalnym. Każdy przechodzący w pobliżu odbywającego się właśnie koncertu człowiek nucił pod nosem słowa "Autobiografi", a potem "Chciał bym być sobą". Mało jest chyba ludzi w Polsce, którzy tych tekstów nieznaną na pamięć. Świadczy to o fenomenie tego zespołu. Perfekt zna każdy, ba znają go całe pokolenia od najstarszych do najmłodszych .Markowski gdyby nagle stracił głos to cały chorzowski park odśpiewał by resztę koncertu za niego. Koncert zagrany jak zwykle perfekcyjnie, pojawił się nawet przydługi utwór instrumentalny, ale brakowało mi tej magii, którą mieli kiedyś.
O godzinie 22 przyszła pora na Cree. Bastek Riedel to maskotka tego festiwalu, większość
zespołów zapraszała go na scenę by towarzyszył im w jednej czy dwóch utworach. Swoja drogą dzięki temu zrobił sobie niezłą reklamę i zaczął urastać do gwiazdy pierwszej wielkości. Cree to bardzo dobry zespół, mający w swoim składzie dwóch wytrawnych gitarzystów, momentami brzmią jak Whitesnake za najlepszych lat .Występ dwugodzinny został znacznie urozmaicony przez wspólne granie z Jerzym Styczyńskim i Andrzejem Urnym, którzy wygrywali na gitarach niesamowite solówki. Chwilami nie mogłem uwierzyć, że Polscy gitarzyści potrafią grać jak sam mistrz Erick Clapton. Koncert nabrał właściwego rozpędu miał swój wstęp rozwinięcie i zakończenie w postaci pięknego bisu. Całość przypominała opowieść, po wysłuchaniu, której wcale nie chciało się iść do domu - chociaż było już grubo po północy. Fajnie mieli ci, którzy rozbili swoje namioty i mogli dalej do rana upajać się tą niesamowitą atmosferą.
Drugi dzień rozpoczął się od występów laureatów konkursu, a te występy pokrzyżowała pogoda. Nad chorzowskim parkiem przeszła ogromna ulewa, scena została całkowicie zalana a wszystkie koncerty zostały znacznie opóźnione. Jak się dowiedziałem z Anty Radia przestało funkcjonować studio z którego miała być nadawana relacja na żywo. Specjaliści od dźwięku uwijali się jak mogli ale redaktor w radio cięgle nie miał połączenia.
Wreszcie około godziny 18-tej wszystko wraca do normy. Z dużym poślizgiem na scenę wychodzi Kasa Chorych. Ja znajduję sobie inną polankę. Organizatorzy zadbali o to by zgromadzeni na niej ludzie nie mogli niczego zobaczyć. W tym celu zakryli ogrodzenie czarnymi płachtami. Polak jednak potrafi i szybko ten problem został rozwiązany. Część płachty została porwana, a cześć przecięta kapslami po piwie. W śród najbardziej zagorzałych miłośników bluesa znaleźli się i tacy, którzy przytargali nawet wyrwaną gdzieś w parku ławkę, o którą toczyły się potem straszne walki.
Ale powrócimy do koncertu - Kasa Chorych to klasyka i fundament polskiego Bluesa, występ niestety został skrócony ze względów atmosferycznych, ale był za to bardzo treściwy i wzbogacony o piękną solówką Sebastiana Riedla.
Następnie na scenie pojawił się fenomenalny Krzak dając wszystkim fanom taki Power, że nie jestem w stanie tego opisać słowami. To co wyrabia Ścierański na basie to przechodzi ludzkie pojęcie, ten facet uczynił z gry na tym instrumencie sztukę. Nie na darmo uznawany jest za księcia tego instrumentu. Na uwagę zasługuje fantastyczna gra obydwu świetnie uzupełniających się gitarzystów, jeden przyleciał na ten koncert aż z Nowego Yorku. Wszystkim dyrygował jedyny w swoim rodzaju i niepowtarzalny skrzypek Jan Błedowski na stałe mieszkający w Niemczech. Całkiem przypominający mi Bogdana Szwede ciekawe dla czego?
Ten człowiek ma niespożyte pokłady energii. Biegał po całej scenie, śpiewał i grał na skrzypcach wreszcie dyrygował całością. Na gitarze przepięknie wygrywał Leszek Winder - od lat prowadzący w Chorzowie klub muzyczny "Leśniczówka". Ostatnimi laty został uznany za najlepszego gitarzystę blues-rockowym w Polsce Gitar top.2005-2006.
Cały zespół to ściana energii, eksplozja wirtuozerii najwyższego kalibru. Cała plejada gwiazd przewinęła się przez ten zespół. Pamiętam ich koncert w Bytomskim MDK w latach - 80-tych, na perkusji grał Andrzej Ryszka. Koncert zrobił oszałamiające wrażenie czułem się jak na G3 jeśli będziecie mieli okazję gorąco polecam. Jak udało się ustalić muzycy nagrali nową płytę i wracają trasą po Polsce.
Potem przyszła kolej na SBB. Na mojej polance zebrała się całkiem spora grupka ludzi.
Jedni zastanawiali się czy jechać do domu po ciepłe ubrania, a drudzy wypijali dość sporą dawkę alkoholu - dobrze się przy tym bawiąc. Atmosfera robiła się gorąca mimo, że padał deszcz. SBB to super grupa funkcjonująca od 1971 roku. Powstała w Siemianowicach założona przez multiinstrumentalistę i wokalistę Józefa Skrzeka .
Nie da się zaszufladkować ich muzyki - to po prostu wypadkowa kilku stylów muzycznych.
Począwszy od blues - rock, jazz -rock. A skończywszy na rocku progresywnym. Chwilami ma się wrażenie, że jest się na koncercie Pink Floyd. To po prostu niesamowite jak to fenomenalne trio potrafi manipulować klimatem, malując sporych rozmiarów obraz i używając do jego stworzenia różnych metod i instrumentów.
Raz jest to mocny akcent basu Skrzeka, raz niesamowity riff gitarowy Apostolisa by wreszcie zaskoczyć syntezatorem przypominającym Klausa Shulce. Taki efekt można uzyskać tylko na organach Hammonda wzbogaconych o syntezatory Mooga.
Ten wyjątkowy zespół na przestrzeni wielu lat stworzył swój własny styl.
Perkusiści zawsze odgrywali dużą rolę w tej formacji na początku był to Jerzy Piotrowski, a obecnie Gabor Nemeth. Myślę że gdyby powstali w Stanach Zjednoczonych podobnie jak występujący po nich gospodarz festiwalu Dżem byli by dziś gwiazdą znaną na całym świecie.
Kiedy rozpoczął się ich koncert wywiązała się wojna o ławeczkę, na której stali pod ogrodzeniem fani. Na szczęście konflikt został szybko zażegnany - obyło się bez bijatyki a na ławeczce zasiedli jej pierwsi właściciele. Ja byłem właśnie częstowany papierosem, chociaż o to nie prosiłem przez grupkę podpitych biesiadników, obok mnie kobieta przedzierała kapslem płachtę ogrodzenia i kłóciła się z ochroniarzem a dwójka fanów przedawkowała napoje wyskokowe i nie była w stanie pozbierać się z trawy - przyciąganie ziemskie wygrało.
Za każdym razem gdy myślę o Dżemie zastanawiam się jak oni to robią i w czym tkwi ich geniusz? Myślę że kluczem są bardzo życiowe teksty dotyczące przeciętnych ludzi i ich problemów. Słuchając utworów takich jak "Whiskey ",czy "Czerwony jak cegła" człowiek utożsamia się z nimi i po krótkiej chwili przekonuje się że dotyczą one jego samego.
Artyści oprócz poruszających tekstów mają też niesamowity instynkt budowania nastroju poprzez wyjątkową interpretację swoich piosenek. Na uwagę zasługują tu ponadczasowe solówki Jerzego Styczyńskiego i Adama Otręby oraz zamykające w całości podkłady płynące z instrumentów klawiszowych.
W ten wyjątkowy środowy wieczór zespól obok starszych utworów zaprezentował nowy materia. Zadziwiające jest jak fantastyczną znajomością tekstów wykazała się młodsza część widowni. Chwilami Maciek nie musiał wcale śpiewać oni robili to za niego.
Bisom nie było końca, a publiczność domagała się Whiskey, kawałka bez którego nie może się odbyć żadne ognisko. Ten utwór muzycy wspólnie odśpiewali z synem Ryśka Sebastianem. Żal było opuszczać to magiczne miejsce chociaż na zegarze dochodziła pierwsza w nocy, mimo że festiwal już się zakończył to ładunek energii jakim zostałem naładowany dalej jest we mnie i pewnie pozostanie do następnego roku.
Witold Mieszko
Bogdan Szweda& Easy Rider
Tą wrocławską grupę istniejącą od 29 lat miałem okazję zobaczyć aż czterokrotnie w ciągu dwóch dni, kiedy to w roku 1982 suportowali walijską sławą Budgie w Katowickim Spodku. Posucha jeśli chodzi o występy zagranicznych gwiazd na terenie naszego kraju była ogromna, a głód muzyki był tak silny, że poszedłem bez wahania na cztery koncerty pod rząd.
W drugim dniu repertuar, kolejność utworów oraz gesty muzyków obydwu zespołów miałem już tak obcykane, że z zamkniętymi oczami mogłem opowiadać siedzącym obok mnie kolegom i fanom co w danym momencie nastąpi. Emocje były wtedy tak silne, że całe cztery koncerty siedziałem jak w transie i nie mogłem wydusić z siebie słowa. Ściśnięte gardło załzawione ze wzruszenia oczy przypominają mi historię o Janku muzykancie, który płakał słysząc dźwięk kościelnych organów. Mimo, że widziałem już prawie samych największych herosów muzyki rockowej to te koncerty z katowickiego Spodka na zawsze wywarły piętno na moim zamiłowaniu do muzyki, z którą wziąłem ślub i żyję w szczęśliwym związku do dnia dzisiejszego.
Zespół, który zobaczyłem w Andaluzji po 27 latach w niczym nie przypominał tego sprzed lat. Na scenie ujrzałem starszych panów, z którymi nie było już Cezarego Czternastka - skrzypka silnie kojarzącego mi się z nimi. Był natomiast inny pan, a mianowicie Bogdan Szweda gitarzysta, wokalista, kompozytor i aranżer bluesowy.
Zauroczony akustycznym bluesem w wykonaniu Sonny Terry & Brownie Mc Ghee preferujący granie bluesa w jego archaicznej formie. Na początku swojej drogi muzycznej miał też romans z amerykańskim folkiem spod znaku Boba Dylan'a. Bogdan pisze własne kompozycje do swojej poezji, sięga też po gitarę elektryczną.
Jednak fala bluesa, która napłynęła wraz z pojawieniem się w jego życiu artystycznym Johna Lee Hooker'a, spowodowała że Blues już go nigdy nie opuścił!
Bogdan na stałe mieszka w Niemczech gdzie wraz z gitarzystą Arkiem Błeszyńskim założył SCHAU PAU ACOUSTIC BLUES!. W czwartkowy wieczór gościnnie wystąpił wraz z Easy Rider na scenie Ośrodka kultury Andaluzja.
Muzyk został zapowiedziany w humorystyczny sposób przez panią Bartel będącą jak mniemam dobrym duchem i opiekunką od najmłodszych lat Bogdana. Artysta jest dość dużej postury o fryzurze i bródce a'la Steve Lukatet (Toto). Znacznie odróżnia go to od pozostałych muzyków. Koledzy od wielu lat znają się jak łyse konie i doskonale rozumieją na scenie.
Bardzo podobały mi się pojedynki gitarowe między Bogdanem a liderem Easy Rider Andrzejem Wodzińskim. Muszę tu przyznać, mimo całego szacunku do Bogdana, że Andrzej zaprezentował się znacznie lepiej. Jego gra bardziej do mnie przemawiała, dźwięki wydobywane z Gibsona były bardziej selektywne trafiające w dziesiątkę. Słuchając jego gry odnosiłem wrażenie, że muzyka przepływa przez całe jego ciało a on staje się nierozerwalną jej częścią. To gitarzysta ożywia instrument nadaje mu charakterystyczne tylko dla siebie brzmienie a swoją indywidualną interpretacją sprawia, że zostaje rozpoznawalny na tle wielu. Andrzej to bardzo skromny wytrawny gitarzysta będący zaprzeczeniem gwiazdorstwa dla niego liczy się tylko muzyka a wszystko inne dookoła w tym momencie przestaje istnieć.
Po krótkiej przerwie nastąpiła część akustyczna, w której Bogdan nawiązał do korzeni czarnego bluesa prezentując obok znanych kompozycji także i swoje własne. Komponowanie własnych kawałków, jak sam mówi, wcale nie jest takie proste.... bo jak zagrać w obecnej dobie Bluesa nie popełniając plagiatu i nie tracąc jednocześnie jego własnej tak specyficznej i autentycznej formy "nadać mu własne tchnienie, jednocześnie nie pozbywając go własnych korzeni". Koncert zakończyły dwa bisy, po których artysta stwierdził, że muszą jechać dalej uprzejmie się pożegnał i zniknął za kulisami. Wychodząc z koncertu praz kolejny przyszła mi myśl do głowy, że mamy dobrych muzyków tylko może trochę niedocenionych na światowej arenie.
Witold Mieszko
Progresywna Andaluzja
Koncert zespołu Galahad (Wielka Brytania)
Support "Grendel" (Polska - Białogard)
Zespół Galahad powstał w 1985 roku, do historii rocka progresywnego przeszli płytą "Following Ghosts" wydaną w 1998r.
Liderem kapeli jest charyzmatyczny wokalista Stuart Nicholson przypominający swoją posturą gwiazdę teatru rozrywki w Chorzowie Jacentego Jendrusika. Początkowo próbował swoich szans na przesłuchaniu legendarnej grupy Maryllion, ale jak czas pokazał stworzył formację charakteryzującą się własnym stylem, do której dołożył nutkę progresywnej muzyki. Inspiracją dla niego były takie zespoły jak Genesis, Yes, Rush czy Pink Floyd.
Pierwszy raz zespół gościł w Polsce 22 maja 2006 w katowickim Teatrze Wyspiańskiego. Szczególna atmosfera panująca we wnętrzu połączona z doskonale wykonaną przez zespół muzyką i ubranym w sutannę wokalistą wbijała widza w fotel. Ten wspaniały koncert zaowocował wydaniem pierwszego w historii zespołu DVD "Resonance" - Live in Poland. Zespół w swoim dorobku ma takie projekty jak : "Galahad elektrick company" , "Galahad Acustic Quintet" oraz serię "Other Crimes"- z rzadkimi niepublikowanymi utworami. W 2007 wydali długo oczekiwany krążek "Empires never last" - który jak twierdzi wokalista "jest najlepiej nagranym, wyprodukowanym, zaaranżowanym
i zmiksowanym albumem".
4.06.09 zespół po raz drugi gościł, w Piekarach Śląskich. Pierwszy występ rozpoczął 4-dniowe tourne po naszym kraju.
Grupa powróciła do Polski w bardzo dobrej formie fundując licznie zgromadzonym w Andaluzji fanom blisko dwugodzinną ucztę niezwykle melodyjnej muzyki. Oczywiście tęsknota do eksperymentalnego wykorzystywania elektronicznych dźwięków w formie znanej z "Year Zero" gdzieś pozostała. Jednak, jak przystało na rockową kapelę, króluje tu gitara i to nie tylko pod postacią dopieszczonych solówek Roya Keywortha, ale również, a może
i przede wszystkim, gęstych i mocnych brzmień.
Muzyków komplementować nie ma sensu. To starzy wyjadacze "progresywnego okrągłego stołu". Głosu Nicholsona nie sposób pomylić z jakimkolwiek innym. Demon i charyzma w jednym. To trzeba napisać. No i warto tylko nadmienić o drugiej osobie, którą jest bardzo sprawny basista Lee Abraham (przypominający mi posturą ale także i twarzą aktora Johna Goodmana... wiecie... tego Freda Flinstona). Bez urazy, obaj sprawiają w swoich rolach bardzo sympatyczne wrażenie.
Występ w Andaluzji należał do bardzo udanych. Świetna, niepowtarzalna atmosfera, charakterystyczna dla wszystkich koncertów odbywających się w tym niepozornym domu kultury jest fenomenem na skalę krajową. Żywiołowy, perfekcyjnie wykonany repertuar poderwał wszystkich fanów z miejsc. Pod koniec koncertu nikt już nie siedział, a owacjom nie było końca. Na tym jednak nie koniec, tradycją koncertów piekarskich jest to, że po zakończeniu występu każdy fan ma możliwość zrobienia sobie pamiątkowych zdjęć z zespołem i skompletowania wszystkich autografów.
Witold Mieszko
Chaz de Paolo
Znany w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych gitarzysta, grający muzykę rockową i bluesa - Chaz de Paolo - wystąpił 26. 03. 09 w Andaluzji.
Artysta został uznany przez brytyjski magazyn "Blues Master's" jednym z najbardziej obiecujących talentów bluesa XXI wieku. Mimo swojego młodego wieku, Chaz de Paolo grał już z najlepszymi muzykami bluesowymi, m.in. z Davidem Maxwellem i Stevem Philipsem z zespołu The Notting Hillibilies. Współpracował też z The Groundhogs Rhythm Section, która nagrywała z legendarnym John'em Lee Hookerem. Artysta ma na swoim koncie trzy solowe albumy, z których debiutancki "Flirtin' with Blues" był przepustką do występu na koncercie The Tribute to Jimmy Hendrix w Nowym Jorku. Kolejne płyty ("Bluesotopia" i "Flirtin' Acoustic") również zostały dobrze przyjęte przez krytykę i publiczność. Dwa lata temu kanadyjska firma Wicked Instruments of Greenfield Park wypuściła na rynek model gitary w limitowanej edycji, sygnowanej "Chaz de Paolo".
Muzyk od samego początku sprawiał wrażenie niezwykle ciepłego człowieka a jego sympatyczny uśmiech uwiódł zgromadzoną w piekarskim ośrodku publiczność.
Z każdą chwilą mój podły depresyjny nastrój związany z niekończącą się zimą zaczął się poprawiać a kapitalna gra na gitarze sprawiła, że poczułem wewnętrzne ciepło.
Fascynujące jest to, że można z taką dziecinną łatwością wygrywać takie solówki świetnie się przy tym bawiąc. Moja twarz nagle rozpromieniała i zacząłem się uśmiechać sam do siebie.
Chaz de Paulo robił tak fantastyczne miny, że nie mogłem pozostawać obojętny.
Nogi same prowadziły mnie pod scenę by być blisko wydarzeń i uwieczniać je swoim aparatem. To naprawdę fantastyczny facet przyciągający ludzi swoim pogodnym usposobieniem i kapitalną grą.
W jego muzyce słychac Jimmiego Hendrixa i Sevego Ray - Vaughana oraz wielu innych mistrzów gitary.
Artysta biegle opanował różne techniki gry i na tej bazie stworzył własny styl .Do tego dołożył bardo dobry głos oraz osobowość sceniczną i sukces murowany. Na koncercie muzykowi towarzyszyli: Łukasz Gorczyca -bass i Tomasz Dominik - perkusja. Temu ostatniemu los sprawił psikusa w trakcie koncertu, rozleciał mu się podest i nie dało się grać. Muzyk poprosił obsługę o pomoc po chwili mógł kontynuować. Polscy instrumentaliści dali krótkie popisy solowe, w czasie których zaprezentowali niemałe umiejętności. Dominik wymiatał na perkusji niczym lokomotywa a Łukasz wydobywał ze swojego basu całkiem nieziemskie dźwięki. Chaz de Paolo to również niezły showman w czasie blisko półtora godzinnego występu zachęcał publiczność swoim silnym głosem do wspólnego śpiewania i nie musiał długo czekać, po chwili cała sala śpiewała razem z nim niczym dodatkowy chórek.
"W życiu piękne są tylko chwile"... tak mówią słowa piosenki i po dwóch bisach koncert dobiegł końca. Na dole w głównym holu artysta rozdawał autografy a fani robili sobie z nim pamiątkowe zdjęcia. Mam nadzieję, że niebawem znowu zawita do naszego kraju a frekwencja na jego koncercie będzie dużo lepsza niż tym razem. Gwiazda tego formatu powinna zapełnić salę do ostatniego miejsca.
Witold Mieszko
PIEKARSKIE BLUESTRACJE
Todd WOLFE (USA)
Todd Wolfe jest znany ogółowi jako były gitarzysta Sheryl Crow. W tym okresie zjeździł cały świat na wspólnych turnee z takimi artystami jak: The Rolling Stones, The Eagles, Bob Dylan, Elton John, Page & Plant i wielu innych. Po rozstaniu się z Sheryl Todd rozpoczął karierę solową. W ramach festiwalu Piekarskie Blustracje 2009 muzyk wystąpił w Andaluzji. W czasie blisko dwugodzinnego koncertu, artysta zaprezentował zarówno swój repertuar jaki utwory grane przez Erica Claptona i Jaffa Becka. Jego muzyka to blues, w którym amerykański gitarzysta jest bardzo mocno zakorzeniony i widać, że lubi go grac . Na jego koncercie występowały również elementy rocka i rockendrola. Chwilami czułem się jak na koncercie ZZ Top, a następnie mogłem poczuć ostre rify w stylu Angusa Jounga AC/DC, nie brakowało klimatycznych ballad odegranych na bis na gitarach akustycznych i kawałków w stylu Erika Sardinasa, które Todd wykonywał techniką gry zwaną slysem. W składzie zespołu był polski basista, który w przerwach miedzy utworami starał się zabawiać piekarską publiczność. Jego gra była bardzo dynamiczna, ja to nazywam mieleniem. Dźwięki wydobywane z basu przypominały odgłos gigantycznego młynka do kawy. Gra basisty dodawała niezłego kopa całemu zespołowi ale i perkusista był niezły. Jego solówka podniosła temperaturę na sali o kilka stopni. To był bardzo udany występ i pokaz solidnego grania na światowym poziomie. Brakowało mi jedynie dobrego kontaktu Todda z publicznością ale niektóre gwiazdy tak mają.
Witold Mieszko
Kanadyjski Hendrix!!!
Wild T & The Spirit to energetyczny zespół bluesrockowy, który świetnie czuje się też w klimatach soulowych i psychodelicznych. Gra od 18 lat i ma na koncie pięć płyt. Liderem jest gitarzysta Tony "Wild T" Springer. Swego czasu supportował m.in. koncerty Bon Jovi, Deep Purple i Dawida Bowie. O jego niezwykłych umiejętnościach panowania nad strunami gitary mogli się przekonać polscy fani.
Muzycy z kanady wystąpili we wtorek 21.04 09. w Ośrodku Kultury "Andaluzja" w Piekarach Śląskich.
Obecny skład (Springer, Kapelle i Lesso) jest tym, w którym muzycy czują i rozumieją się najlepiej. Jak powiedział Dyrektor Ośrodka Piotr Zalewski zapowiadając zespół "w prostocie siła".
Już po pierwszych dźwiękach przeniosłem się w do czasów, w których królował niepodzielnie Hendrix.
Mogłem poczuć atmosferę tamtych lat i doładować akumulatory tą ogromną dawką energii, którą przekazał mi kanadyjski zespół.
Blisko dwugodzinne show to mieszanka blues - rocka z najwyższej półki. Wszyscy trzej wykonawcy to świetni muzycy. Każdy z nich zaprezentował swoje umiejętności w solowych popisach w czasie koncertu. Zaczynając od perkusisty, który ku mojemu zaskoczeniu nie ograniczył się jedynie do odegrania solówki na perkusji, ale opuszczając swój instrument pokazał, że potrafi świetnie grać dosłownie na wszystkim począwszy od statywu mikrofonu a skończywszy na podłodze.
Springer to wspaniały showman i wirtuoz gitary dysponujący rasowym niskim charakterystycznym dla czarnych wokalistów głosem.
Jego nieprzeciętne umiejętności pozwoliły mi uwierzyć w to, że Hendrix nie umarł ale jest ciągle żywy i obecny w muzyce Wild T & Spirit.
Oprócz nieziemskich solówek , które były kwintesencją bluesa czarnoskóry gitarzysta nawiązał bardzo dobry kontakt z piekarską publicznością. Muzyk biegał po scenie skakał z niej do publiczności tańczył, tarzał się po podłodze demonstrując akrobatyczne umiejętności.
Grał zębami i włosami na gitarze uderzając z wielką siłą swoimi pięknymi dredami o struny.
Gitara fruwała wokół całego ciała gitarzysty począwszy od przeplatanki pod kolanami a skończywszy na obrotach wokół głowy i szyi.
Brakowało jedynie roztrzaskania instrumentu o podłogę i spalenia jej na oczach widowni tak jak to zrobił Henrix na festiwalu w Monterey.
Na uwagę zasługuje niesamowity, ponad 10 - minutowy standard "Hey Joe", w której można było usłyszeć nie tylko bluesa, rocka ale nawet country i rockendrola . Wszystkie te gatunki zostały w mistrzowski sposób wplecione i połączone w tym wyjątkowym utworze. Koncert zakończony bisami i owacją na stojąco wyzwolił takie emocje, że ludzie z drżącym głosem i wzruszeniem widocznym na szczęśliwych twarzach podchodzili by robić sobie pamiątkowe zdjęcia i zbierać autografy.
Szkoda tylko że na sali dominował mój rocznik a więc ludzie w okolicach czterdziestki. czyżby nasza młodzież nie poznała się jeszcze na dobrej muzyce???
Witold Mieszko
2x Dżem
Legenda polskiego bluesa jakim jest zespól Dżem zagościł w Ośrodku Kultury Andaluzja
dając dwa bardzo dobre koncerty.
Ja miałem wielką przyjemność uczestniczyć w pierwszym, który odbył się 11.03.09.
O frekwencję nie trzeba było się martwić, gdyż ta kultowa kapela za każdym razem przyciąga całe pokolenia fanów .
Tak też było i tym razem, na wspomnianym koncercie zauważyłem cały przekrój począwszy od nastolatków a skończywszy na ludziach w bardzo dojrzałym wieku, którzy z pewnością pamiętają początki zespołu i niezapomniane chwile z Ryśkiem Riedlem.
Obecnie jego miejsce zajmuje Maciej Balcar, który dysponuje mocnym głosem i jak na razie nieźle sobie radzi w tej trudnej roli jaka mu przypadła. Obecny skład zespołu prezentuje się następująco:
Beno Otręba - gitara basowa, gitara, śpiew (1973 - do dziś)
Adam Otręba - gitara, śpiew (1973 - do dziś)
Jerzy Styczyński - gitara (1979 - do dziś)
Zbigniew Szczerbiński - perkusja (1992 - do dziś)
Maciej Balcar - śpiew, harmonijka ustna, tamburyn (2001 - do dziś)
Janusz Borzucki - instrumenty klawiszowe, organy Hammonda (2005 - do dziś)
Za każdym razem gdy myślę o Dżemie zastanawiam się jak oni to robią i w czym tkwi ich geniusz? Mało komu udaje się przyciągnąć takie tłumy na dwa kolejno po sobie następujące koncerty.
Myślę że kluczem są bardzo życiowe teksty dotyczące przeciętnych ludzi i ich problemów. Słuchając utworów takich jak whiskey ,czy czerwony jak cegła człowiek utożsamia się z nimi i po krótkiej chwili przekonuje się że dotyczą one jego samego.
Artyści oprócz poruszających tekstów mają też niesamowity instynkt budowania nastroju poprzez wyjątkową interpretację swoich piosenek. Na uwagę zasługują tu ponadczasowe solówki Jerzego Styczyńskiego i Adama Otręby oraz zamykające w całości podkłady płynące z instrumentów klawiszowych.
W ten wyjątkowy środowy wieczór zespól obok starszych utworów zaprezentował nowy materiał .Zadziwiające jest jak fantastyczną znajomością tekstów wykazała się młodsza część piekarskiej widowni, chwilami Maciek nie musiał wcale śpiewać oni robili to za niego.
Bisom nie było końca a publiczność domagała się whiskey, kawałka bez którego nie może się odbyć żadne ognisko. Z informacji jakie udało mi się zdobyć za drugi koncert odpowiedzialny był związek Solidarność - Andaluzja działający przy miejscowej kopalni. był on również głównym sponsorem tego muzycznego wydarzenia, na które ponownie przybyły tłumy.
Witold Mieszko
Pogo w Andaluzji
4-go marca 09. w Andaluzji wystąpiły trzy zespoły: Open your Eses, The Origin, Psychoza.
Co ciekawe każdy z nich zaprezentował zupełnie różny rodzaj muzyki.
Pierwszy to typowy punk rock. Dynamiczne utwory ciężkie gitary w rytm, których zgromadzona młodzież tratowała się pod sceną, wykonując taniec, którego potoczna nazwa brzmi pogo. Jeden młodzian tak niemiłosiernie był przewracany na przysłowiowe cztery litery iż z jego kości ogonowej został chyba jedynie proszek, a nerki miał pewnie odbite, ale co tam dzielnie podnosił się, rozmasowywał stłuczone miejsca z wykrzywioną z bólu twarzą i ruszał dalej do boju. Zarówno chłopcy jak i dziewczęta nie zważając na płeć wpadali na siebie obijając sobie przy okazji wszystkie mięsnie i kości, bolało od samego patrzenia. Moje bezpieczeństwo stanęło pod znakiem zapytania więc nie czekając na dalszy przebieg wydarzeń ewakuowałem się do dalszych bezpiecznych sektorów, to co robili młodzi fani pod sceną przyćmiło wydarzenia odbywające się na niej. Jeden zagorzały fan próbował udowodnić w potyczce słownej z basistą zespołu, że zagrałby lepiej od niego ,po krótkiej wymianie zdań basista zespołu zdjął gitarę i machnięciem reki zaprosił przemądrzałego fana do wspólnego występu, ale tamtemu nie starczyło odwagi by zagrać z zespołem.
Na koniec koncertu został jednak zaproszony wraz z dwoma dziewczynami do odśpiewania szlagieru jakim była "Matura".
Druga kapela The Orygin podniosła znacznie porzeczkę do góry i wniosła mnie na wyższy pułap doznań foniczno-wizualnuch.
Sympatyczne trio składało się z wokalisty grającego na gitarze ,basisty z bujną czupryną, której pozazdrościła by mu niejedna dziewczyna i dynamicznego pałkarza.
Muzyka zespołu przypominała mi fale brytyjskiego rocka rodem z list przebojów. Myślę, że zespół czerpie wzorce właśnie z stamtąd , ale wychodzi mu to na dobre.
Ciekawy wokal (wszystkie teksty śpiewane w języku angielskim),melodyjne refreny sprawiły, że mój nastrój znacznie się poprawił. Zespół został bardzo ciepło przyjęty i wychodził na bis.
Po tym niezłym koncercie na scenę wyszła gwiazda wieczoru Psychoza.
Nie znałem wcześniej tego zespołu podobnie jak poprzednich a nazwa sugerowała, że należy się spodziewać ciężkiego grania. Pomyliłem się jednak, bo zobaczyłem dojrzałych a nawet bardzo dojrzałych profesjonalistów z wirtuozem grającym na gitarze. Kapela zaprezentowała całkiem solidnego bluesa. Muzycy świetnie rozumieli się na scenie i doskonale ze sobą współpracowali prezentując przy tym kapitalne umiejętności. Na uwagę zasługuje wyróżniająca się postać a mianowicie gitarzysta, który objawił się jako wirtuoz. Jego gra wkraczała poza standardy bluesowe, dużo było w niej improwizacji, eksperymentów z dźwiękiem a o to w dobie komercyjnego grania jest bardzo trudno. Psychoza to bez wątpienia bardzo ciekawy zespół niestety mało znany na polskim rynku muzycznym, wyszedłem z tego koncertu podwójnie zaskoczony pierwszy raz tym dziwnym doborem zespołów występujących razem na jednym koncercie a drugi raz grą gitarzysty Psychozy.
Witold Mieszko
PROJEKT CZARNA KLUSKA
Progresywne dźwięki wpisały się na stałe w napięty grafik koncertów odbywających się w Ośrodku Kultury Andaluzja. W czwartkowy wieczór na scenie piekarskiego domu kultury wystąpiły dwa interesujące zespoły.
Pierwszy z nich to "Osada Vida" jedna z najciekawszych grup w Polsce.
Zespół czerpał wzorce z takich gigantów jak Rush ,King Crimson, Camel ale nie wybrali żadnej konkretnej stylistyki. Muzyka grupy ewaluowała na przestrzeni jedenastu lat działalności od brzmień bliskich klasycznemu art. rockowi, poprzez wplatanie elementów transowo-elektronicznych spod znaku Ozric Tentacles, po coraz bardziej zdecydowane i ostre riffy.
Tak muzykę Osady opisał wówczas Michał Wilczyński, autor biografi SBB " czerpią wodę z róznych źródeł inspiracji. Tą różnorodność słychać w ich muzyce , jednak częstokroć bardzo odmienne nieprzystające do siebie tematy ubrano w jednolite szaty brzmieniowe. dodajmy że szaty dość bogate ... żywiołowość godna koncertowych nagrań Dream Theater, i nerw godny SBB. Mamy doczynienia z fuzją ciężkiego rocka i psychodeli(w sęsie niesamowitego klimatu)i rocka progresywnego.
Ich muzyka jest bardzo zróżnicowana pod względem klimatycznym
Płynne przejścia od metalowych momentów do floydowych zwrotek, od lekko jazzującej solówki do rusho'wych refrenów.
Słuchając tego koncertu odnosiłem wrażenie, że większość rzeczy rodzi się bardzo naturalnie, bez większych założeń. Artyści wytworzyli bardzo sympatyczną atmosferę, a ich wspólne granie wyraźnie sprawiało radość i frajdę licznie zgromadzonej w Andaluzji widowni, ale również samym muzykom. Jak twierdzą artyści ich muzyka to wypadkowa wszystkich dźwięków, których lubią słuchać, a jeśli chodzi o komponowanie to nigdy nie ukrywali, że ich jedynym ograniczeniem jest brak ograniczeń. Muzycy twierdzą, że są głodni grania na żywo i to dało się wyraźnie odczuć. Koncert zakończył się owacją na stojąco a poprzeczka została podniesiona bardzo wysoko.
Po kilkuminutowej przerwie na scenie pojawił się zespół z Francji pod nazwą The Black Noodle Project w tłumaczeniu na język polski - "projekt czarna kluska" ta paryska formacja rozpoczęła swą działalność w 2001 roku. Sterem, żeglarzem i okrętem był wtedy Jeremie Grima (gitara i wokal) i jej jedyny członek . Obecnie w skład zespołu wchodzą: basista- Anthony Leteve, perkusista- Franck Girault oraz gitarzysta Sebstiene Bourdeix. Słuchając ich pierwszej płyty można było wyraźnie dostrzec wpływ Pink Floyd. Muzycy jednak postanowili wzbogacić swoje aranżacje o dynamiczne, pełne energii riffy gitarowe co w konsekwencji zmieniło charakter wykonywanej przez nich dotychczas muzyki. Metalowy ubiór, czarne ubrania, długie włosy, ciężkie brzmienie przeplatane melodyjnymi solówkami to obecna wizja i propozycja kapeli. Utwory utrzymane na solidnym poziomie i mimo ostrego zabarwienia metalowego występowało w nich dużo melodii, którą współtworzyła ciepła barwa głosu wokalisty. Na uwagę zasługują kapitalne solówki basisty Anthonego Letiva, jest on niewątpliwie wyróżniającą się postacią w zespole. Blisko półtora godzinny koncert zakończyły bisy, na które muzycy zostali wywołani nie tylko przez fanów, ale i dyrektora ośrodka Piotra Zalewskiego.
Na tym jednak nie koniec, tradycją koncertów piekarskich jest to, że po zakończeniu występu każdy fan ma możliwość zrobienia sobie pamiątkowych zdjęć z zespołem i skompletowania wszystkich autografów.
Występ w Andaluzji należał do bardzo udanych , świetna, niepowtarzalna atmosfera charakterystyczna dla wszystkich koncertów odbywających się w tym niepozornym domu kultury jest fenomenem na skalę krajową.kawszych i najlepiej zapowiadających się grup
w Polsce.
Witold Mieszko
Janis Joplin z Siemianowic
Młoda pełna żywiołowego temperamentu dziewczyna o kruczoczarnych włosach i potężnym jak bicie Dzwonu Zygmunta głosie jest wokalistką a zarazem liderką dobrze zapowiadającej się kapeli blues-rockowej pod nazwą Droga Ewakuacja.
Wyżej wspomniana grupa była gwiazdą koncertu muzyki młodzieżowej , który odbył się w Ośrodku Kultury Andaluzja.
Obecny skład zespołu to: Karina Osowska(wokal), Andrzej Kita(gitara basowa), Przemek Krzisiński(perkusja), Olek Giza(gitara solowa) , Paweł Żywczak(keyboard).
W repertuarze wykonywanym na koncertach, oprócz własnych kompozycji znajdują się covery takich wykonawców jak : AC/DC, TSA,LED ZEPPELIN, JANIS JOPLIN.
Ta ostatnia gwiazda stała się inspiracją i zarazem idolką wokalistki Kariny Osowskiej a cover Cray Bayby do złudzenia przypomina oryginał. Muzyka wykonywana przez zespół to szeroko rozumiany blues i rock. Młodzi wykonawcy starają się jak sami twierdzą otwierać na inne gatunki by nie grać jednego rodzaju muzyki tylko próbować wszystkiego po trochu. Starają się tworzyć własną muzykę i własne teksty ponieważ są bardzo wrażliwymi ludźmi a publiczność to uwielbia i kocha. Grupa z Siemianowic ma już zagorzałych swoich fanów, którzy jeżdżą na wszystkie koncerty razem z zespołem. Każdy występ jest przyjmowany bardzo ciepło i entuzjastycznie, tak też było czwartkowego wieczoru w Andaluzji. Wyrwani z krzeseł i przywołani przez wokalistkę pod scenę fani zostali zaproszeni do wspólnej zabawy.
Karina wyraźnie dała odczuć że ma ognisty temperament i lubi jak publiczność czynnie uczestniczy w koncercie, tańczy pod sceną i kleszcze w rytm wykonywanych utworów.
Jest w tej siemianowickiej grupie coś co nie pozwala o niej zapomnieć ,umieją stworzyć klimat i zarazić publiczność potrzebą przychodzenia na następne koncerty.
Potrafią sprawić ,że ich muzyka jest nam potrzebna a to już nie lada wyczyn.
Witold Mieszko
Czy Cree zastąpi Dżem
W ubiegły czwartek w Ośrodku Kultury "Andaluzja" wystąpił zespół Cree.
Saportowali mu piekarscy muzycy pod nazwą Full Light.
Grupa Cree pochodzi z Tychów została założona 1993 r.
Liderem zespołu jest syn nieżyjącego Ryszarda Riedela Sebastian.
Obecny skład zespołu tworzą :
Sylwester Kramek - gitara,
Lucjan Gruszka - gitara basowa
Tomasz Kwiatkowski - perkusja
Adam Lomania - instrumenty klawiszowe
Sebastian Riedel - gitara śpiew harmonijka
W czwartkowy wieczór fani, którzy wypełnili salę do ostatniego miejsca mieli okazję posłuchać kapitalnych aranżacji bluesowo - rockowych .
Z małej sceny bogato zapełnionej sprzętem muzycznym dobiegały utwory bardzo dynamiczne nasycone ogromną dawką energetyzującego rocka, które były umiejętnie przeplatane zmysłowymi, klimatycznymi balladami.
Fantastyczne popisy solowe obydwu gitarzystów świetnie komponowały się z instrumentami klawiszowymi HAMMONDA i doskonałą sekcją rytmiczną.
Ten zespół ma przed sobą wielką przyszłość i jest na dobrej drodze by w krótkim czasie nie mieć sobie równych na polskiej scenie bluesowej.
Wracając do Sebastiana nietrudno zauważyć, że jego barwa głosu i sposób śpiewania do złudzenia przypominają ojca.
Myślę, że należało by się skupić nad lepszą dykcją i oryginalnością interpretacji wokalnej oraz poprawić kontakt z publicznością bo jak na razie to wyraźny jego minus .
Witold Mieszko
Miał być Pikantik, a było Dwanaście Księżyców
W Ośrodku Kultury Andaluzja w Piekarach Śląskich 21.01.09 wystąpiła krakowska grupa
Twelve Moons. Czterech dobrze rokujących muzyków zaprezentowało bogaty repertuar, począwszy od "Come together" poprzez własne kompozycje , a skończywszy na fundamentalnych utworach legendarnej grupy King Crimson , na których wzorowały się całe pokolenia współczesnych muzyków. Po wykonaniu pierwszego utworu wokalista a zarazem lider zespołu powiedział, że ma dwie wiadomości - jedną dobrą jedną złą, ta dobra to, że są po raz pierwszy w Piekarach i bardzo im się tu podoba, a zła, że się bardzo rozchorował i w związku z tym wykonają większość utworów instrumentalnych. Jako drugi w kolejności zagrali utwór skomponowany przez Marka Radulego, eks gitarzystę "Budki Suflera" w tym kawałku dało się odczuć geniusz kompozytora. Nie trudno było dostrzec, że Raduli od wielu lat plasuje się w ścisłej czołówce polskich wirtuozów gitary. W trakcie dość płynnie przebiegającego koncertu zostałem ponownie zaskoczony informacją, że zespół "Pikantik", który miał tego wieczoru wystąpić nie istnieje. Ze starego składu pozostał jedynie wokalista zespołu. W tym momencie jasnym stał się fakt, że utworów Franka Zappy i "The Beatels", czy największych hitów "Kng Crimson" nie będzie. Obecna nazwa zespołu to "Dwanaście księżyców", wzięła się stąd, że każdy z czterech muzyków jest z innej bajki, i jak stwierdził wokalista : "sam bym tego nie wymyślił więc nazwa powstała pod wpływem wspólnej decyzji". Tak na marginesie nie bardzo rozumiem skąd się wzięło dwanaście księżyców skoro skład zespołu liczy czterech muzyków. Wokalista stwierdził, że na plakacie reklamującym koncert była nazwa "Covery King Crimson", więc wypadałoby coś zagrać z tego repertuaru i wkrótce zabrzmiał w sali Piekarskiego Domu Kultury znany przebój tej grupy "Heartbeat". Jak się później okazało ulubiony kawałek basisty krakowskiego zespołu. Potem zabrzmiał "Red" ,dzięki któremu zrozumiałem dlaczego grupa King Crimson stała się wzorem do naśladowania dla wielu pokoleń przyszłych muzyków. Pierwszy raz Roberta Frippa miałem okazję zobaczyć w słynnym projekcie G3 Joe Satrianiego na Warszawskim Torwarze . Wyżej wspomniany koncert uważam jako jeden z najciekawszych jaki miałem okazję oglądać. Po coverach King Crimson przyszła kolej na utwór z repertuaru grupy "Hipnozis" , w której gra obecnie drugi gitarzysta krakowskiej kapeli. Utwór wypełnionym ładunkiem emocjonalnym o tematyce psychodelicznej wprowadził piekarską widownie w nastrój zadumy i głębokich przemyśleń. Na zakończenie zagrali tylko jeden utwór na bis ale za to bardzo treściwy "epitaph"
Witold Mieszko
Męskie granie w kobiecym wydaniu
15.01.09. w ramach Piekarskich Wieczorów Bluesowych w Ośrodku Kultury Andaluzja wystąpiła brytyjska saksofonistka Patsy Gamble. Kompozytorka ma za sobą bogatą przeszłość, współpracowała z takimi sławami jak Mick Jagger, Steve Winwood, John Mayal, Rod Steward i Peter Green. Występowała w wielu krajach świata. W czasie tourne po Polsce obejmującego osiem miast artystka promowała swoją najnowszą płytę "Sicret Soul".'After Sunsets' Po wykonaniu pierwszego utworu Patsy przywitała się z piekarską publicznością łamaną polszczyzną "jak się maści" po czym stwierdziła, że będzie próbowała ale mówi słabo po polsku. Następnie nie namyślając się zbyt długo zmieniła dużych rozmiarów saksofon na mały saksofonie o równie wyrafinowanym brzmieniu. Artystka nawiązała bardzo dobry kontakt z publicznością i wytworzyła niepowtarzalny klimat. Stwierdziła, że bardzo się cieszy, że jest w Polsce. W czasie półtora godzinnego koncertu przeważał repertuar jazzowy ale nie zabrakło tematów funky , soulu i znanych coverów. Piekarski koncert bardzo urozmaicały solowe popisy pozostałych muzyków: Łukasza Gorczycy (bass) Tomka Dominika (perkusja) i kapitalnego gitarzysty Steva Brwninga..Patsy podgrzewała atmosferę prowadząc ożywiony dialog z publicznością. Pytała między innymi "Czy jeszcze tam jesteście?" i "czy dobrze się bawicie?". Następnie rzuciła tekst :"Jesteście gotowi na piosenkę o miłości?". Zauroczona publiczność odpowiedziała gromkim krzykiem, że tak. W tym momencie zabrzmiały pierwsze takty znanego przeboju "Miracle of love" . Utwór "Love me of live me" to popis nie tylko wielkiej wirtuozerii gry na saksofonie ale także bardzo dobrego głosu liderki zespołu. Po nim przyszedł czas na znany cover Stevie Wondera "Isn't she lovely". Kiedy utwór dobiegł końca muzycy zeszli ze sceny odkładając instrumenty. Na szczęście nie był to jednak koniec występu, wywoływana , przez zagorzałych fanów Patsy nie dała długo na siebie czekać i po krótkiej chwili znowu była na scenie by zadedykować ostatni utwór dyrektorowi ośrodka Piotrowi Zalewskiemu. Żal było wychodzić i przerywać tą wspaniałą ucztę ale na osłodę artystka w holu głównym podpisywała płyty i dawała autografy, każdy fan miał możliwość bliskiego spotkania z tą niepozorną ale pełną niesamowitej energii kobietą, o której mówi się, że gra jak facet.
Witold Mieszko
Maraton w Teatrze Wyspiańskiego
Po raz trzeci miałem okazję zobaczyć w Teatrze Wyspiańskiego w Katowicach ten wspaniały brytyjski zespół i była to nie lada gratka, bo to trzydziestolecie działalności artystycznej formacji spod znaku progresywnego rocka. Ale poklei.
Suport : Final Conflikt i Credo
Obydwa zespoły grały po blisko półtorej godziny i zaprezentowały całkiem dobry poziom progresywnego rocka, niejeden polski czołowy zespól mógłby się wiele od nich nauczyć. Pierwszy to mieszanka młodości z doświadczeniem mam tu na myśli muzyków młody świetnie radzący sobie basista i perkusista połączyli siły z ze starszymi i bardziej doświadczonymi artystami : klawiszowcem i dwoma, co ciekawe śpiewającymi na przemian gitarzystami .Ich muzyka to bardzo dynamiczna mieszanka rockowego grania z ciepłą barwą głosu obydwu wokalistów. W zespole na scenie panowała serdeczna atmosfera muzycy często uśmiechali się do siebie podchodzili jeden do drugiego by wspólnie poszaleć, dało się odczuć radość ze wspólnego grania i bycia razem na scenie, bawienia się i delektowania wspólnie wydobywanymi dźwiękami.
Druga kapela "Credo" to już bardziej awansowana zarówno wiekowo jak i technicznie grupa. Charakterystyczny zapadający w pamięć frontmen Mark Colton z lekkim brzuszkiem w koszuli z trupią czaszką biegający po scenie i robiący niezły show. Co ciekawe ów wokalista sprawiał wrażenie człowieka perfekcyjnie wykonującego swoje partie ale nie angażującego się emocjonalnie w to co robi na scenie. Patrząc na niego zauważyłem, że nie wpadał w trans podczas odtwarzania skomplikowanych kompozycji tak jak to czynił np. Jim Morrison śpiewając bacznie wpatrywał się w reakcje publiczności i żywo utrzymywał z nią kontakt Mark Colton to człowiek, który musi trzymać rękę na pulsie i cały czas kontrolować przebieg wydarzeń, trochę szkoda bo gdyby się bardziej zaangażował byłby bardziej wiarygodny. Na uwagę zasługują przepięknie grane solówki gitarzysty Tima Birrella , które powalały na kolana. Resztę zespołu tworzyli :
Perkusista Martin Meads w charakterystycznej bandamce a'la Roger Glover Deep Purple. Klawiszowiec Mike Varty oraz basista Jim Murdoch . W czasie koncertu miał miejsce zabawny incydent mianowicie wokalista szalejąc na scenie nierozważnie nadepnął na podstawę statywu mikrofonu, który gwałtownie odbił się w jego kierunku niczym grabie ogrodowe ,w ostatniej chwili zdołał go złapać ratując swoje uzębienie i jak gdyby nigdy nic przejść do śpiewania, po chwili zaczął się z tego śmiać spoglądając na reakcje publiczności. Cały występ zakończył się owacją na stojąco a później w holu teatru można było zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z zespołem. Przypomniała mi się atmosfera z Andaluzji, a tak na marginesie dyrektor piekarskiego domu kultury też był obecny na koncercie w Teatrze Wyspiańskiego.
Około 21:30 na scenę weszła główna gwiazda wieczoru Pendragon. Już po pierwszych dźwiękach dało się odczuć, że są to artyści nietuzinkowi i nie przez przypadek należą do światowej czołówki progresywnego rocka. Niesamowity głos Nika Bareta no i ta jego niepowtarzalna gitara. To wszystko poparte wirtuozerskimi popisami klawiszowa Nolana, solidnym basem i uwaga nie zawaham się użyć tego słowa nietuzinkowym perkusistą, który dodawał nie tylko publiczności ale i zespołowi takiego zastrzyku pozytywnej energii, że mógł by z powodzeniem zastąpić w reklamach Red Bulla. Tych czterech muzyków potrafi wyzwolić w ludziach niebywałe emocje. Muzyka prezentowana przez zespól powoduje to, że wszyscy widzowie mają wrażenie jakby dotykali piękna. Każdy kto miał okazję zobaczyć występ Pendragonu na żywo zostaje automatycznie uzależniony od narkotyku w postaci rewelacyjnej muzyki i czuje potrzebę i nieodpartą chęć by ciągle powracać na następne koncerty. Ja zawsze wracam jak bumerang i bardzo polecam każdemu kto jeszcze nie był.
Wielu artystów światowego formatu próbuje wspomagać swoje koncerty całą paletą efektów specjalnych Pendragon tego nie potrzebuje wystarczy że zaczną grać i już każdy słuchacz przenosi się w świat magii. Tak dobrze i długo dawno się nie bawiłem, była to prawdziwa uczta muzyczna. Balsam dla skołatanych codziennością nerwów, możliwość przeniesienia się w świat marzeń, świat baśni. Bisom nie było końca zespół wychodził dwukrotnie a koncert trwał i nikt mimo, że była już blisko pierwsza w nocy nie miał zamiaru opuszczać tego magicznego miejsca.
Witold Mieszko
SACRUM PROFANUM KRAKÓW 2008
Formuła przedsięwzięcia oparta jest na prezentacji muzyki w odniesieniu do fundamentalnej roli wzajemnie przecinających się w muzyce XX wieku motywów sacrum i profanum, a także kryterium geograficznego. Wokół tych osi koncentrują się poszczególne edycje Festiwalu poświęcone kolejno muzyce Wiednia, Francji, Rosji, USA. Widoczny zwrot wydarzeń w stronę muzyki współczesnej i awangardowej ujawnił się podczas ostatniej "amerykańskiej" edycji w 2007r.
Tegoroczna edycja imprezy poświęcona została w całości najważniejszym twórcom i zjawiskom muzycznym Niemiec XX wieku
To najważniejsza w Polsce ale i w Europie promocja niemieckiego repertuaru współczesnego,
Poczynając od Kurta Weilla , Karlheiza Stockhausena, Hansa Wernera Henzego , Helmuta Lechenmanna , heinera Goebbelsa, oraz wolfganga Rihma, kończąc na najważniejszych nurtach muzyki elektronicznej prezentowanych przez Krawftwerk - legendarną formację z Dusseldorfu, znaną że swoich odkryć na polu eksperymentalnych i syntetycznych brzmień i uznawaną za prekursora gatunków spod znaku ,elektro, hause, rave, techno i in.
Koncert Kraftwerku odbył się w trzy kolejne wieczory 19- 20 -21 września w postindustrialnych przestrzeniach fabryki, a dokładnie wielkiej hali fabrycznej umiejscowionej na terenie Nowej Huty .
Nowa Huta - to cześć Krakowa powstała w latach 1949 - 51 zaprojektowana od podstaw na samodzielne miasto liczące 220 tys. mieszkańców i o powierzchni 1107 km2. Najważniejszym zakładem przemysłowym Nowej Huty jest Kombinat Metalurgiczny na terenie którego odbywał się koncert . Przy bramie głównej musiałem opuścić swój pojazd gdyż do docelowego miejsca dowoziły nas podmiejskie autobusy. wśród licznie zgromadzonej rzeszy fanów dało się słyszeć wielu obcokrajowców począwszy od Anglików Czechów, Niemców, a skończywszy na Węgrach. Czuło się w powietrzu, że jest to wyjątkowa chwila i wyjątkowe miejsce. Autobusy naładowane po brzegi kursowały bez przerwy, a ja byłem trochę zaskoczony taką ilością ludzi gdyż jak już wcześniej wspomniałem był to trzeci koncert z rzędu. Pierwszy raz miałem okazje zobaczyć Krawftwerk w latach osiemdziesiątych kiedy to dali niepowtarzalny spektakl w katowickim Spodku. Przywieźli wtedy dwadzieścia ton sprzętu nagłośnieniowego i byli w owych komunistycznych czasach nie lada atrakcją.
Po wyjściu z autobusu zastanawiałem się czy ten obecny koncert będzie podobny do poprzedniego, ale już wyjątkowy wygląd hali produkcyjnej zwiastował cos zupełnie innego mistycznego i niepowtarzalnego. Na zewnętrzne ściany ogromnego gmachu padał fioletowy słup światła a okalające sale drzewa były pięknie podświetlone od spodu. Wewnątrz panował niesamowity klimat który od razu po wejściu uderzał każdego wchodzącego widza. Na przedniej ścianie głównego holu ustawiono ogromne plansze przedstawiające program imprezy na suficie wisiały dźwigi a właściwie haki na łańcuchach metalowe szyny i inne konstrukcje z epoki Stalina. wszyto wykonane z tysięcy ton stali .umieszczone w strategicznych miejscach jupitery dawały kapitalny nastrój rodem z filmu Batmana to wszystko połączone z elementami nowoczesnej techniki współczesnej w postaci czterech ogromnych telebimów i kapitalnego nagłośnienia. W tymże holu można było nabyć pamiątkowe koszulki za jedyne 50 zł. oraz czasopisma opisujące całą imprezę. Idąc dalej napotkałem ochroniarzy wpuszczających na główna sale i kierujących ludzi na odpowiednie sektory. Owi ochroniarze ubrani byli w czerwone koszule krawaty i czarne spodnie całkiem przypominali mi ten Krawftwerk z przed dwudziestu paru lat. Po przejściu przez bramki kontrolne przemieszczałem się pod gigantyczną, aluminiową konstrukcją składającą się z chyba miliona rurek, a całość tworzyła sektor dla fanów, którzy mieli miejsca siedzące.
Ja niestety miałem bilet na płytę ale dzięki temu mogłem podejść bliżej sceny i zobaczyć wszystko z bliska. Całość robiła piorunujące wrażenie, rzekłbym nie z tego świata a dopełnieniem była kapitalna gra cieni i świateł fioletu, granatu i ciemnych mrocznych zakamarków hali. Wydawało mi się że jestem na spektaklu w teatrze "Witkacego: lub na wystawie" Hasiora: w Zakopanem. Scena została całkowicie zasłonięta opadającą na nią kurtyną już na sam widok miałem ciary na plecach ale nie byłem pewien czy z emocji, które się we mnie uwolniły czy z przenikliwego zimna. Gdy wybiła godzina 21:00 zgasły wszystkie światła a na tle kotary było widać cztery sylwetki przypominające roboty podświetlone na czerwono. Każdy fragment mojego ciała wypełniła powalająca muzyka . Wreszcie kurtyna została odsłonięta, a na scenie stali prawie nieruchomo muzycy ubrani w obcisłe skórzane kurtki. Za ich plecami został umieszczony panoramiczny ekran podobny do tych jakie można zobaczyć w "Multikinach." "Na jego tle wyświetlano w czasie wykonywanych utworów filmy idealnie komponujące się z wykonywaną muzyką .Całość wyglądała imponująco ale to wszystko to jeszcze nic . Na wielu koncertach byłem, nawet już tego nie liczę, ale jeszcze takiego perfekcyjnego nagłośnienia nie słyszałem. Basy i drgania płynące z każdej strony, a najwięcej z podłogi wprawiły nie tylko moje spodnie w ruch, ale i całą halę . Moje wnętrzności doznały czegoś co można by porównać do masażu relaksacyjnego, a dźwięki atakujące z każdej strony me ucho sprawiały, że zapadłem w stan medytacji. Stojąc tak tym błogostanie nie mogłem zrobić ani kroku ale wcale nad tym faktem nie ubolewałem .Efekty soraund słyszane w kinie to bułka z masłem w porównaniu z tym czego mogłem tutaj doświadczyć. Przy utworze "Autobahn" ciężarówkę przejeżdżającą słychać było dookoła więc wszyscy odwrócili instynktownie głowę w tył myśląc ze cos nadjeżdża . Przy"Toure De France" mogliśmy na telebimach oglądać prawie cała historie współczesnego kolarstwa i porównać jak na przestrz-""eni lat zmieniała się technika jazdy, sprzęt i oprawa wyścigu. Z kolei przy "Trans Europa Exspres" - podziwiać można było zarówno krajobrazy, przez które przemieszał się ten wyjątkowy pociąg jak i całą gamę dźwięków przypominających idealnie stukot pociągu.
Przy utworze "ComputerWelt : widać było jak bardzo różnią się współczesne cacka od tych pionierskich komputerów. Wreszcie w czasie "Tashen Rechner" wokalista zespołu a właściwie lider zaśpiewał w języku polskim "jestem operator i mam swój kalkulator" czym wzbudził ogólny aplauz. Po około 1h 30 min scena ponownie została zasłonięta ale tylko na moment by muzyków zastąpiły grające albo ruszające się w rytm utworu "Die Roboter" roboty. Po tym utworze, ponownie na scenie pojawili się muzycy w odblaskowych kombinezonach by zagrać na bis "elektro kardiogram", "Aero Dynamic" i Music Nin stop" przy tym ostatnim numerze wykonawcy pojedynczo zaczęli opuszczać scenę uprzednio się kłaniając a na sam koniec lider i wokalista schodząc ze sceny, zwrócił się pierwszy i ostatni raz do publiczności w te słowa "dobry wieczór Kraków, dowidzena" , a ja wracając ciemną późną nocą do domu długo zastanawiałem się czy on przypadkiem nie pomylił słowa dobry wieczór z dobranoc.
Witold Mieszko
Hop hop w szklankę piwa
W dniach 12 - 14 września 2008 na Polach Marsowych w Parku Chorzowskim odbyły się Tyskie Urodziny. Tyskie to już 380 lat Śląskiej tradycji warzenia piwa.
W dniach 12 - 14 września marka obchodziła swoje 380-te urodziny i z tej okazji zorganizowała wielką imprezę dla mieszkańców Śląska, zapraszając wszystkich do wspólnego biesiadowania.
W piątek oprócz licznych konkursów, atrakcją wieczoru była Maryla Rodowicz,w sobotę natomiast na scenie szalał Shakin' Dudi . Na zakończenie trzydniowej imprezy wystąpiły takie gwiazdy jak Dżem i Elektryczne Gitary .
Z powodu przenikliwego zimna i niesprzyjającej aury udało mi się uczestniczyć tylko w jednym koncercie ale za to znakomitym. Był to występ Elektrycznych Gitar. To zespół rockowy utworzony w 1990 roku przez Rafała Kwaśniewskiego, Piotra Łojka i Kubę Sienkiewicza. Kapela zdobyła rozgłos mimo, że lider zespołu Kuba Sienkiewicz nigdy nie ukrywał, że nie traktuje stylistyki rockowej zbyt poważnie, mówił że jest ona jedynie elementem parodii " na koncertach gram tak ,żeby uzyskać jak największą parodie tego co robię ,nawet solówki wycinam tak, jakby same z siebie się naśmiewały" powiedział 1994 roku w książce "Jestem zdrowy". Jednak te słowa wypowiedziane przed laty nie mają się nijak do rzeczywistości . Już po pierwszych taktach dało się wyraźnie odczuć, że w muzyce zespołu sporo się zmieniło. Elektryczne Gitary to prawdziwa gwiazda polskiej sceny rockowej. Muzycy znacznie odeszli od żartobliwych piosenek o charakterze ogniskowym i położyli większy nacisk na profesjonalizm wykonania utworów oraz zadbali by koncert był urozmaicony. Od razu zauważyłem bogatsze i pełniejsze brzmienie, na które składał się sześcio strunowy bas- Tomasz Grochowalski, Piotr Łojek- instrumenty klawiszowe, na perkusji niezwykły showmen -Leon Paduch, który nie potrafił usiedzieć za zestawem perkusyjnym i co chwilę biegał do publiczności, pokazując swoje umiejętności taneczne. Jacek Wąsowski gitara solowa Jakub Sienkiewicz gitara śpiew a całość dopieszczał Aleksander Korecki który przepięknie grał na saksofonie i flecie. Niemożliwą wiec sprawą było, by tak liczny zespół mający w swoim składzie tylu muzyków podchodził do koncertu w żartobliwy sposób. Moim skromnym zdaniem fenomen tego zespołu polega na tym, że w znakomity wręcz mistrzowski sposób potrafią połączyć na pozór proste wpadające w ucho teksty, które można grać przy ognisku z bogactwem różnorodnych dźwięków .Jak sam Kuba Sienkiewicz powiedział w gramy cały czas to samo tylko na różne sposoby .a te różne sposoby jak widać słychać i czuć ciągle ewaluują, to w nurcie i stylu coraz bardziej wysublimowanym i wyrafinowanym.
W czasie jednej godziny i trzydziestu minut muzycy zaprezentowali całą plejadę znanych radiowych i filmowych przebojów takich jak :"Jestem z miasta", "Włosy"," Dzieci wybiegły", "Dyzma", "Głowy Lenina", "Wytraciłaś," "Co powie ryba" "Człowiek z liściem" i wiele innych piosenek swoją drogą nie zdawałem sobie nawet sprawy ile hitów mają na swoim koncie ,a Kuba Sienkiewicz poprawiając ciągle swój warsztat wokalny i instrumentalny przypomina mi coraz bardziej Marka Knopflera i wcale nie mam tu na myśli twarzy.
Witold Mieszko
WIELKA BIESIADA W SERCU PIEKAR
W trzecim dniu przebojowego weekendu z "Radiem Piekary" gwiazdą wieczoru był zespół T.Love. Zespół założony w 1982r. Jako Teenago love alternative (Pod tą nazwą funkcjonował do roku 1987). Zygmunta "Muńka" Staszczyka (wokal początkowo także gitara basowa,) Janusza Knorowskiego (gitara) Dariusza Zająca (klawisze) i Jacka Wudelckiego (perkusja).
Zespół założony przez kolegów uczęszczających do 4 Liceum w Częstochowie, stąd przebój . Grupa zdobyła sporą popularność w 1984 r., gdzie wystąpiła w charakterze gwiazdy na festiwalu w Jarocinie. Szybko zdobyli sympatię punkowej publiczności. Działalność zespołu została przerwana z powodu wyjazdu w roku 1989 Staszczyka do prazy w Anglii.
Staszczyk wrócił w 1990 r. I reaktywował zespół (ze starego składu nie pozostał jednak nikt, poza wokalistą) w nowym składzie znaleźli się: gitarzysta Jan Bednarek, perkusista Sindney Polak, gitarzysta Jacek Perkowski i basista Paweł Nazimek.
Na stadionie MOSiRu panuje bardzo specyficzna atmosfera, każdego roku dzięki rozgłośni "Radio Piekary" całe rodziny biesiadują przy grillowych ogródkach i popijają piwo. W tle stadionu widać rozświetlone kolorowym światłem karuzele, na których szaleją młodsi fani piekarskiej imprezy. Mimo, że trybuny są zawsze szczelnie wypełnione przez, jak to określił wokalista zespołu "Muniek", - "starsze pokolenie fanów" to na płycie stadionu jest sporo luzu i wolnego miejsca, wiec każdy bez większych problemów ma okazję w miarę komfortowych warunkach rozkoszować się muzyczną ucztą . Wśród licznie zgromadzonej na płycie Stadionu publiczności dała się zauważyć, szybko przemieszczająca się wysoka postać z aparatem fotograficznym na szyi, to nie kto inny jak pasjonat fotografiki i założyciel portalu internetowego Bartosz Makieła. Koncert rozpoczął się punktualnie o godzinie 20:00, zespół wydawał się być w świetnej formie, przede wszystkim kondycyjnej dając 1.45 h show, w czasie którego zaprezentowali bardzo zróżnicowany repertuar począwszy od słonecznych rytmów regge, a skończywszy na dynamicznym, żywiołowym rock'n'rollu. Wokalista zespołu "Muniek", ma w sobie to "coś" co powinien mieć każdy parający się śpiewaniem muzyk mianowicie blues na scenie, bardzo dobry kontakt z publicznością, charakterystyczny głos. Ubrany w ciemny polar i obcisłe spodnie stał przez większa część koncertu na kolumnie pogłosowej, trzymając w charakterystyczny sposób statyw z mikrofonem alla David Copverdale'a "White Snake" no i oczywiście na jego twarzy nie mogło zabraknąć przeciwsłonecznych okularów. Zespół przypomniał całą plejadę największych przebojów tj. "Warszawa", "Na bruku, "Rewolucja", "Dzikość serca", "Stany", "I love you", "Bóg", "Chłopaki nie płaczą", "Jest super", "Stokrotka", "Nie, nie, nie", "Ajrisz".
Teksty "Muńka" często negowały obecne czasy, ale we wczorajszym koncercie miały charakter bardziej rozrywkowy niż polityczny. W czasie wykonywania utworów "Muniek" nie tylko podrywał do boju publiczność krzycząc ze sceny kilkanaście razy żeby dali głos, ale i dbał by ochrona koncertu nie wykręcała rąk zagorzałym fanom, którzy podchodzili zbyt blisko, zagroził nawet przerwaniem koncertu. Na uwagę zasługuje nowy gitarzysta z dredami i w kolorowej czapce alla Bob Marley, który bardzo żywiołowo i ekspresyjnie poruszał się po scenie wnosząc bardzo duży powiew energii do występu grupy. Po około półtorej godziny zespół zszedł ze sceny, a prowadzący koncert prezenterzy Radia Piekary - Jacek Swoboda i Marcin Hirnyk wywołali zespół na trzy bisy, które zakończyły się znanym standardem "Everythings gonna be allright". Na tym nie koniec emocji, ta wspaniałą trzydniową imprezę uwieńczył kapitalny pokaz sztucznych ogni przewyższający swym rozmachem niejednego sylwestra. Wracając do samochodu spotkałem po drodze rodzinę z córką ucharakteryzowaną na "Dodę" na prośbę pozostałych członków familii zaczęła śpiewać nowy przebój Dody "Nie daj się" to mnie bardzo rozbawiło w kontekście zaczynającego się nazajutrz nowego roku szkolnego.
Witold Mieszko
"POLICJANCI"
The Police - zespół, który grając na żywo został obwołany niezwykłą indywidualnością sceniczną . To kapela, która potrafi pobudzić do życia, a wyjątkowe dźwięki nagrane w studiu przemienić w coś zupełnie nieziemskiego w trakcie wykonywania ich na żywo.
Każdy z członków The Police z zupełnie innej szkoły muzyczne: Summers grał z The Animals, Soft Machine i Kevin Ayers ; Copeland był członkiem Curved Air, ma na swoim koncie również epizod solowej kariery jako Klark Kent, prowadził również radio studenckie w Kalifornii, Sting grał w różnych grupach nurtu jazz fusion.
Dzięki stanowczej i powalającej gitarze Sammersa, niepowtarzalnej perkusji Copelanda oraz skocznym basom i wznoszącym się na wyżyny wokalom Stinga The Police bezdyskusyjnie stali się ambasadorami nowego gatunku nazwanego później New Weive. Outhandoes D'Aamour, ich pierwszy album pod szyldem A@M został wydany w 1978 i szybko wzniósł się na listy przebojów przynosząc takie hity jak "Roxanne" i "So lonley". Ich piąty i obecnie ostatni album "Sinchronicity" wydany w 1983 dotarł do pierwszego miejsca listy Wielkiej Brytanii i USA sprzedając się tam w ponad 8 mln nakładzie. Zespół rozpadł się w połowie lat 80-tych jednak reaktywował w 2007 ogłaszając światową trasę koncertową, która została zaplanowana do połowy 2008 roku. Do roku 2007 zespół sprzedał ponad 50 mln albumów na całym świecie, w tym ponad 22 w USA. Najnowsza trasa nosił nazwę "The Police Reunion Tour" rozpoczęła się 28 maja w Vancouver, gdzie zespół zagrał dla 22 tysięcy fanów, ale Copeland ocenił występ jako niewiarygodnie słaby "Uderzyłem w gong w złym momencie i wielkie pompatyczne otwarcie imprezy zmieniło się w niewypał. Zwykłe potrzeba od 4 do 5 koncertów żeby zaliczyć klapę ale my jesteśmy The Police i jak zawsze wyprzedzamy harmonogram." Największy koncert z tej trasy odbył się w Dubilnie dla 82 tysięcy fanów.
W lutym 2008 zespół ogłosił, że po zakończeniu trasy ponownie się rozpadnie i nie nagra nowej płyty. Po zakończeniu trasy Sting planuje nagrywanie nowego materiału : " Nie potrafię pisać w trasie, nigdy tego nie robiłem, potrzebuje spokoju i ciszy, więc kupiłem sobie dom we Włoszech. Jeżdżę tam i czekam na natchnienie, albo chodzę na długie spacery myśląc o tym czego nauczyłem się w ostatnich latach i co by mogło zainteresować moich słuchaczy."
Copland dodaje - "Ta trasa zajmie nam czas do lutego, nowa płyta oznaczałaby kolejne trzy miesiące z dala od domu, nie chce poświęcać na to tyle czasu. Po upływie roku rozstajemy się będąc przyjaciółmi. Sting i Andy są bardzo ważnymi dla mnie ludźmi, z którymi miałem w przeszłości wiele nieporozumień i kłótni, jesteśmy zupełnie jak bracia to będzie fantastyczny rok. Czego jeszcze moglibyśmy chcieć?"
Jadąc na ten koncert starałem się nie oczekiwać zbyt wiele, gdyż znając Stinga i jego solowe koncerty wiedziałem, że nie można liczyć na wielkie widowisko sceniczne. Poprzednie jego dwa występy bardzo mnie zawiodły. Pierwszy raz tłukłem się do Warszawy i pół dnia spędziłem na trawniku przed Stadionem Gwardii. Stadion nieciekawy, podłoże przypominające klepisko, scena bardzo uboga podobnie jak i oświetlenie przypominające komunistyczny Dom Kultury w Zebrzydowicach. Sting po prostu odśpiewał swoje, dał jeden bis i ku mojemu zaskoczeniu zszedł ze sceny. Wracając do domu cała noc autobusem byłem bardzo zdegustowany i stwierdziłem, że nie warto było. Moja frustracja byłą spowodowana dużymi oczekiwaniami gdyż wcześniej udało mi się zobaczyć jego koncert z Japonii na kasecie viedeo i tam był wielki show, a Stingowi towarzyszyło wielu muzyków. Do Polski przyjechał w okrojonym składzie i specjalnie się nie wysilił. Znacznie lepiej wypadł koncert w katowickim Spodku, aczkolwiek też nie powalił mnie na kolana. Wiele mówiło się o reaktywacji "Policjantów" ale ja postanowiłem zobaczyć to na własne o czyi i wyrobić sobie zdanie. Po podejściu do Stadionu zauważyłem , że "koniki" sprzedają bilety po 50 zł, a moja córka miała okazję wejść za darmo. Ciekawy jestem czemu ceny biletu spadły tak drastycznie w dół?
Po podejściu do pierwszej lepszej bramki mało sympatyczny ochroniarz poinformował mnie, że tym wejściem mnie nie wpuści bo mam bilet na płytę i, że tamuję kolejkę. Wiec nie pozostało mi nic innego jak obejść połowę Stadionu i skierować się do odpowiedniego wejścia. Tam czekał już na mnie spory tłum, a kiedy dotarłem do wejścia ochroniarz fossy spytał mnie o zawartość plecaka - czy mam butelki i aparat fotograficzny. Oczywiście odpowiedziałem, że nie mam bo chyba by mi go zabrali i wtedy nie zrobiłbym pamiątkowych zdjęć. Przechodząc tunelem prowadzącym na płytę przypomniał mi się Genesis w deszczu rok temu. Tym razem nie lało, a nawet było ciepło. Idąc w odpowiednim kierunku dobiegały mnie dźwięki saportującego zespołu o nazwie "Counting Crows". Po scenie biegał wokalista z dredami na głowie posiadał bardzo przyjemną barwę głosu i przekazywał publiczności dużo pozytywnej energii. Koncert tego zespołu wprawił mnie w bardzo sympatyczny nastrój , chociaż była kobieta, która w tym czasie siedziała na płycie i czytała książkę. Widać książka musiała bardzo ją wciągnąć bo zupełnie nie zwracała uwagi na to co dzieje się na dużej scenie . Zespół skończył grać o 20:45. Punktualnie o 21:00 rozbrzmiały pierwsze dźwięki "Mesagge in the bottle" cały Stadion a było tam ponad 50 tys. Fanów śpiewał razem z grającymi muzykami. Publiczność oszalała przy drugim utworze "Walkin On The Moon" wtedy do mnie dotarło, że to będzie wyjątkowy wieczór ,i że koncerty Stinga znacznie różnią się od tego co proponują "Policjanci". Następnie "Demolition Man" po prostu wbił mnie w płytę Stadionu a "Roxanne" powalił resztę fanów na kolana. Dało się odczuć, że wszyscy muzycy są w świetnej formie mimo sędziwego wieku. Fenomenalny perkusista w swoich rowerowych rękawiczkach szalał na perkusji trzymając w charakterystyczny sposób pałeczkę, a jego wyrzeźbiony triceps rzucił mi się od razu w oczy . Sting z zarostem srebrzystym, niczym święty Mikołaj śpiewał kapitalnie, zachowując przy tym stoicki spokój i opanowanie. Nauczył się też paru słów po polsku "dziękuję, dobry wieczór Katowice!". Zawsze imponowała mi jego wysportowana sylwetka i niezwykłe umiejętności kompozytorskie. Najmniejsze wrażenie zdawał się robić gitarzysta Summers, na którego twarzy widać było cierpienie, a może przejęcie ogromem fantastycznych dźwięków, które miał tego wieczoru do zagrania. Dal mnie rify gitarowe, które wydobywa ten człowiek są zjawiskowe. Przy "Evry Litlle Thing Is Magic" wydawało mi się, że Sting przestał się wyrabiać w górnych rejestrach, ale myślę, że po prostu źle połknął ślinę i się zakrztusił, stąd te załzawione oczy postawione w słup. Następnie "Wrepped Around your Finger" Stadion szalał, po trybunach przechodziła meksykańska fala. Nie wiedziałem czy mam filmować zespół czy publiczność szalejącą po trybunach. W żaden sposób nie dało się odczuć tego, że Copland i Sting byli ze sobą skonfliktowani . Bili się na próbach , a na koncerty latali osobnymi samolotami. Jak mówi perkusista zespołu, "mimo różnic ich dzielących zawsze imponowała mi u Stinga przebojowość i charyzma".
Następnie poleciał "Can't stop lousing you", kapitalna gra świateł, perfekcyjne wykonanie jak z płyty. Następnie "De Do Do Do De Da Da Da" cały Stadion jodłował wraz z rozśpiewanym matematycznie liczącym wydobywane dźwięki Stingiem. Byłem tak podekscytowany tym co się dzieje, że nie zauważyłem jak wyczerpały mi się akumulatorki w aparacie fotograficznym.
Gardło miałem ściśnięte, nie mogłem z siebie wydusić słowa. Ludzie cykali sobie zdjęcia na tle ogromnych telebimów a było ich aż cztery. Starałem się w charakterystyczny dla mnie sposób przemieszczać po całej płycie Stadionu, gdyż chciałem zobaczyć koncert i bawiących się, a w zasadzi tańczących ludzi z innej perspektywy. Po drodze spotkałem paru znajomych, którzy tańczyli w parach unosząc się w rytm "Every Breath You Take".
Po około godzinie i czterdziestu minutach zespół wziął się za ręce i pięknie kłaniając zszedł ze sceny. Rozbłysły wielkie jupitery rozświetlające stadion i w wiadomo było, że to już koniec.
W drodze powrotnej oczywiście dowiedziałem się, że Hiszpania pokonała Rosję 3:0.
W radiowej "Trójce" jak zwykle Piotr Kaczkowski prowadził audycję poświęconą koncertowi "The Police". Ludzie wracający do domu dzwonili bezpośrednio ze swoich samochodów i opowiadali na gorąco o swoich wrażeniach. Ku mojemu zaskoczeniu opinie były bardzo zróżnicowane i zdania bardzo podzielone. Jednym się bardzo podobało innym nie. Niektórzy twierdzili, że zabrakło chemii między publicznością, a zespołem. Jednej kobiecie zabrakło kilku utworów z "Sinchronicity" w związku z czym była bardzo rozczarowana, na co Kaczkowski odpowiedział, że przecież nie byliby w stanie wszystkiego zagrać. Niektórym nie podobały się światła i oprawa sceniczna, był również jeden głos mający zastrzeżenia do nagłośnienia. Ze zdumieniem słuchałem tych bzdur i z każdą chwilą stawałem się coraz bardziej pobudzony i zły. Kobieta mieszkająca na Tysiącleciu twierdziła, że było kapitalnie słychać, nie musiała nawet iść pod Stadion. Następny telefon : Słuchaczka nazwała Stinga muzykiem matematycznym, tzw. "Paracelluszem" muzycznym (Tu aplauz Kaczkowieskiego za kapitalne sformułowanie). Na szczęście w audycji przeważały opinie pozytywne.
Sting jak sam twierdzi o sobie nie chce by ludzie mówili o nim "A Sting wiemy". Chce ciągle zaskakiwać być ciągle zaszufladkowanym. Copland na pytanie "dlaczego zająłeś się perkusją" - w żartobliwy sposób odpowiada- "bo byłem mały i chudy i potrzebowałem dużego instrumentu żeby wyrównać wszystkie swoje braki. Gitara była za mała, perkusja była odpowiednim instrumentem. Co ciekawe muzyk twierdzi, że zdumiewa go wielkość sukcesu jaki odniósł ten zespół. Celem było pozyskanie niewielkiego grona sympatyków bo była ważna intensywność uczuć, a pytanie "Co jest ważne u muzyka" odpowiada, że zaufanie do samego siebie, przetrwać w showbiznesie jest bardzo trudno, więc zaufanie jest ważne. Był też jeden ciekawy telefon od słuchacza, który nie mógł być w Chorzowie dlatego wcześniej wybrał się do Manchesteru. Sala dziwna, balkonowa, na około 17 tys. Ludzi. Ludzie siedzieli gdyż przeważały miejsca siedzące i bardzo ozięble reagowali na wydarzenia. Słuchacz bardzo to przeżywał, zdziwiony był tak słabą reakcją publiczności gdyż wyobrażał sobie, że na takim koncercie powinni mieć ciary na plecach i żywiołowo reagować na każdy utwór zagrany przez zespół. Kaczkowski skwitował, że to co teraz grają "Policjanci" to perfekcja do granic absurdu ale i co za tym idzie niestety komercja do granic absurdu, a wszystko po to żeby zarobić w trasie 340 mln dolarów , co daje im trzecie miejsce w rankingu najbardziej dochodowych tras w historii muzyki rockowej. Podsumowując myślę, że impreza porównywalna z ubiegłorocznym Genesis , a wszystko zależy od tego w jakim otoczeniu się stoi oglądając koncert i to w znaczny sposób wpływa na to czy wychodzi się zadowolonym czy nie, a wracając rok temu z Genesis i teraz z Policjantów żałowałem, że mam tak blisko do domu.
Witold Mieszko
Zabytkowy trabancik
Metallica to jeden z zespołów, który odniósł największy sukces komercyjny, a jednocześnie miał największy wpływ na rozwój muzyki w latach 90-tych. Ponad 90 mln sprzedanych płyt, z czego 57 mln w USA. Laureaci 7 Nagród Grammy oraz 4-ktotnie na szczycie listy Bilboard 200 . Album zespołu wydany w 1991 roku sprzedał się w ponad 14 mln egzemplarzy, co plasuje go na 25 miejscu najlepiej sprzedających się płyt w Stanach Zjednoczonych. Metallica to ulubiony zespół mojego dzieciństwa i moich lat szkolnych.
W środę 28 maja 2008 miałem okazję usłyszeć i zobaczyć ich po raz piąty, w tym trzy razy na Stadionie Śląskim w Chorzowie i dwa razy w katowickim Spodku. Jadąc na Stadion miałem pewne obawy, gdyż słyszałem w radiu o korkach ciągnących się od Katowic, aż do Chorzowa, ale moje wieloletnie doświadczenie nie zawiodło i zaparkowałem samochód w dobrze zaplanowanym miejscu. Niestety minusem tego zaparkowania było to, że musiałem deptać około 20 minut do miejsca docelowego, ale za to w drodze powrotnej miałem perspektywę szybkiej ewakuacji, bez zderzenia się z gigantycznym korkiem. Po drodze spotkałem wielu fanów zespołu, zarówno tych młodych jak i tych bardzo zaawansowanych wiekowo. Pomimo wielu różnic, wszyscy wydawali być pojednani i sympatyczni dla siebie. Przed bramkami prowadzącymi na stadion ustawiły się gigantyczne kolejki, a wokoło obiektu spacerował tłum ludzi. Ci, którzy nie spacerowali leżeli sobie wygodnie na trawie i popijali napój chmielowy. W powietrzu unosił się zapach grilla, co charakterystyczne wokół stadionu grasowała etatowa szajka "koników" z kartkami "KUPIĘ BILET". Potem oczywiście go drożej sprzedawali, znam już te twarze na pamięć, bo miałem okazję spotkać ich wcześniej przed Red HotChili Peppers i Pearl Jam. Po wejściu na stadion udałem się na płytę tunelem. Ludzi stopniowo zaczynało przybywać, a o godzinie 18:00 na scenie pojawił się duńsko-francuski zespół Menemice. Nieźle rozgrzali publikę przed Machine Hadem.
Gdy na scenę wyszedł Machine Had fani jeszcze bardziej się ożywili. Zespół z Kalifornii zagrał wiele swoich przebojów, między innymi "Imperium". Odniosłem wrażenie, że kapela była zadowolona ze swojego koncertu, choć była to ich pierwsza wizyta w Polsce. Zdążyli nawet nauczyć się paru słów po Polsku np. "na zdrowie". Dużymi krokami zbliżała się godzina 00:00, stadion zaczął pękać w szwach, a fani robili falę, którą można było zobaczyć na meczach Ligi Światowej naszych siatkarzy. Punktualnie o 21:00 wielkie jupitery, zespół wyszedł na scenę. Wszyscy wstali z miejsc, rozpoczął się wielki show. Na początek Creeping Death. Tłum szalał. Po świetnym wykonaniu pierwszego kawałka wokalista zespołu Jemes Hetfield adorował polską publiczność -"nie było nas cztery lata.. to długo?" publiczność potwierdziła głośnym aplauzem - "o tak! Za długo" - powiedział Jemes. Potem przyszła kolej na wielkie przeboje jak np. "Ride the lighting", oraz moment oddechu przy kapitalnej balladzie "The unfogiven" następnie zabrzmiał "And Just for all" oraz "Devill's Dance", po którym Hetfield znowu łapał kontakt z fanami -"kto już wcześniej widział Metallicę na żywo -ręka w górę" - wrzeszczał James. Odpowiedziało mu morze rąk - "Gówno prawda, podnosicie ręce, bo nie chcecie wyglądać ja fiuty". "Inaczej- kto jest tu pierwszy raz ?". Tym razem zobaczyłem mniejszą ilość wyciągniętych w górę rąk.
"Ok.! Witamy nowych. Pokażemy wam jak to się robi" - i zabrzmiał Disposable Heroes , następnie jeden z najbardziej kultowych kawałków "Master of Puppets", a cały stadion jak jeden mąż skandował tytuł utworu. Koncert powoli wchodził w decydującą fazę, a widowisko zostało zabarwione efektami specjalnymi. Gdy zabrzmiały odgłosy przypominające serię z karabinu maszynowego jasne było, że przyszła kolej na ubóstwiane "One". Miałem okazję podobnie jak reszta fanów obejrzeć wspaniałe sztuczne ognie, które wzbiły się w powietrze przy utworze "Enter Sandman" oraz słupy ognia przy końcu ostatniego utworu. Po znakomitym "Enter Sandman" na stadionie zapanowała ciemność, publiczność ogarnęło szaleństwo, pewne było, że w tym momencie jest kolej na bisy "Jeszcze tu jesteście ?" - pytał James. Wspaniały koncert zakończył się rewelacyjnym utworem "Seek ans Destroy" pochodzącym z pierwszej płyty Metallicki "Killem All".Publiczność biła brawo, na twarzach muzyków obok zmęczenia widać było szczęście i satysfakcję. Fani wręczyli zespołowi flagę Polski z napisem "METALLICA". Na koniec koncertu wykończony perkusista resztą sił wykrzyczał - "Dziękujemy Polsko! Skopaliście nam dzisiaj tyłki, umówimy się, że tym razem nie będziecie czekać aż 4 lata, przyjedziemy na rok. We wrześniu wydajemy nową płytę". Nie czekając aż zostanę stratowany przez wychodzący tłum opuściłem stadion szybkim krokiem. Przy ogrodzeniu zewnętrznym zauważyłem stojącego trabancika pokrytego czymś co przypominało rdzę, na jego masce jak gdyby nigdy nic siedzieli sobie fani i popijali piwo.
W pewnym momencie ku mojemu i ich zaskoczeniu do trabanta wsiadł młody facet i po kilku próbach uruchomił samochód. Zakopcił przy tym całą okolicę, po czym odjechał. Jak widać to NRD- owskie cacko jest nie do zdarcia ciekawy jestem, co by na to powiedział zespół gdyby dowiedział jakimi autami podjeżdżają ich fani.
Witold Mieszko
"Deszczowa piosenka"
Genesis - grupa wywodząca się z Wielkiej Brytanii, prowadzona przez klawiszowca Ton'ego Banksa. Muzyka kapeli, którą zaproponowali muzycy zespołu ewoluowała w kierunku rocka progresywnego, później soft rocka.
To co wyróżniało formację z pośród tysięcy innych to unikatowe, symfoniczne brzmienie połączone z poetyckimi surrealistycznymi tekstami i teatralnym wykonaniem. Zespół do dnia dzisiejszego uważany, przez krytyków, za jeden z fundamentów progresywnego rocka.
W ubiegłym roku miałem okazję uczestniczyć w wielkim muzycznym wydarzeniu, jakim był koncert legendarnej grupy Genesis na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Po wejściu na obiekt moim oczom ukazała się gigantycznych rozmiarów scena, o bardzo fikuśnych kształtach, w którą sprytnie zostały wkomponowane dwa owalne telebimy, a całość przypominała gigantyczny kapelusz. Stadion zaczął się zapełniać tysiącami fanów różnych narodowości. O godzinie 21 rozbłysły światła i zabrzmiały pierwsze takty muzyki. Rozświetlona scena, doskonałe nagłośnienie, perfekcyjnie wykonana muzyka, niepowtarzalny głos Phila Collinsa wywarły na mnie, jak i na tysiącach fanów, ogromne wrażenie. Ulewny, padający deszcz nie był w stanie popsuć tego wieczoru. Błyskające niebo i potoki spadającego deszczu zdawały się tworzyć wspólnie z grającymi muzykami kapitalny spektakl, którego nie powstydziliby się najlepsi reżyserzy i choreografowie. Chciałoby się powiedzieć "nikt by tego lepiej nie wymyślił". Podczas blisko dwugodzinnego widowiska zespół zagrał swoje najlepsze przeboje, wśród których nie zabrakło legendarnej "Mamy", "Invisible Touch", "Tonight", "I Can't Dance", "Home By The Sea" i pokazał, że jest nadal w świetnej formie mimo wielu lat spędzonych na scenie. Phil Collins okazał się fantastycznym showmanem i od razu złapał bardzo dobry kontakt z polską publicznością, wtrącając do swoich wypowiedzi polskie słowa, które czytał z kartki np. "Fuckin deszcz". Zabawnie też brzmiało w jego ustach słowo "dziękuję" z akcentem francuskim. Pamiętam niesamowitą drogę powrotną do domu, gdzie stojąc w gigantycznym korku widziałem ludzi przemoczonych do suchej nitki ale radosnych, którzy przyjechali z daleka i mimo czekającej ich ciężkiej podróży powrotnej wyglądali na bardzo szczęśliwych. Po wejściu do samochodu włączyłem trzeci program polskiego radia. Audycje prowadził legendarny redaktor Piotr Kaczkowski. Ludzie na gorąco dzwonili i opowiadali o swoich przeżyciach z koncertu. Jedno małżeństwo przyjechało z Gdańska, niestety - nie przeidziało aż takiej gigantycznej ulewy, więc nie mając ubrań na zmianę, pozostały im tylko suche piżamy, więc się w nie ubrali i tak wracali do domu. Wyobrażam sobie miny tych ludzi, którzy mijali ich po drodze. Audycja Piotra Kaczkowskiego trwała do samego rana, a telefony nie milkły. Słuchając jej już w domu, nie byłem w stanie zasnąć mimo zmęczenia, emocje nagromadzone we mnie i energia, którą zostałem naładowany były zbyt wielkie żeby zasnąć. Z początkiem maja 2008 ukazało się długo oczekiwane, trzypłytowe DVD pt. "When In Rome" upamiętniające tę wspaniałą trasę koncertową. Całość wydana w bardzo ładnej, otwieranej okładce do tego dołączona książeczka ze zdjęciami z trasy. Dwie pierwsze płyty to zapis koncertu nagranego w Rzymie, a trzecia zawiera materiały dokumentalne.
Myślę, że każdy zagorzały fan progresywnego rocka powinien wzbogacić swoją kolekcję o to DVD. Bardzo gorąco polecam.
Witold Mieszko
Powrót do korzeni
12 maja w ramach artystycznych Dni Izraela w Bytomskim Centrum Kultury wystąpił jeden z najważniejszych wykonawców tego kraju-legendarny Efraim Shamir. Artysta związany przez 10 lat z Polską, a konkretnie z Bytomiem, w którym przebywał do 1968 roku. Jako młody chłopak został przez ówczesne władze wydalony z kraju i po 40 latach ponownie odwiedził Bytom. Obecnie stara się o polskie obywatelstwo i jak sam powiedział "Głównym motywem do zrobienia tego kroku była tęsknota za Polską, a także chęć współpracy z polskimi artystami. Jestem Polakiem, Izraelczykiem, Żydem tęsknie do Polski. Tu spędziłem dzieciństwo, lubię Polskę, przez lata nie mogłem tu przyjeżdżać teraz chcę jeździć kiedy zechcę - tłumaczy Shamir.
Wśród licznie zgromadzonej publiczności znaleźli się przyjaciele artysty
i prezydent Bytomia Piotr Koj . Witając muzyka prezydent powiedział: "Cieszę się, że historia zatoczyła koło, można powiedzieć, że niezbadane są wyroki opatrzności. Bytom jest miastem, którego skarbem są ludzie, więc cieszymy się, że wśród nich odkrywamy także i pana."
Na pamiątkę Piotr Koj podarował Shamirowi obraz przedstawiający panoramę Bytomia.
Artysta zaprezentował bardzo różnorodny repertuar począwszy od kultowych izraelskich pieśni poprzez blues, polskie standardy np.
"Pod papugami" Czesława Niemena. Muzyk wplatał pomiędzy swoje pieśni krótkie opowieści dotyczące ich historii. Na widowni panowała niepowtarzalna atmosfera, a najbardziej zaprzyjaźnieni z wykonawcą fani podpowiadali jakie przeboje najchętniej chcieliby usłyszeć. Koncert zakończył się bisami, wśród których nie zabrakło utworów Beatelsów i jak sam artysta stwierdził "gdy skończy mi się repertuar one mnie zawsze ratują z opresji" .
Po raz kolejny przekonałem się, że najlepsze koncerty odbywają się nie na wielkich stadionach lecz w małych klubach i domach kultury, gdzie słuchacze mają bezpośredni kontakt z wykonawcą . Witold Mieszko
1 maja 2008 roku na wrocławskim rynku spotkało się blisko 2000 gitarzystów by zagrać znany temat blues - rockowy "hey joe" Jimiego Hendrixa .Celem było pobicie ubiegłorocznego Rekordu Guinnessa we wspólnej grze na gitarze, który wynosił 1881 osób.
Jechałem bardzo podekscytowany gdyż w tej imprezie jeszcze nigdy nie miałem przyjemności uczestniczyć, a jak wiadomo wszem i wobec odbywa się ona rokrocznie od 2003 roku. Wówczas to rekord wynosił zaledwie 600 osób. Moje zdenerwowanie pogłębiał fakt, że miałem tylko dwa dni na przygotowanie wymaganego materiału, na który składały się : "hey joe," "wild thing" i "Kiedy byłem małym chłopcem" Tadeusza Nalepy.
Pogoda była nie najlepsza, padający deszcz mógł sporo namieszać w tej imprezie i w znaczący sposób wpłynąć na frekwencję. Jednak tak się nie stało, z zachmurzonego nieba wyłoniło się słońce, roztaczając niesamowitą aurę nad Wrocławiem. Po wejściu na rynek moim oczom ukazał się niesamowity widok, tłumy ludzi zgromadzonych pod sceną, a każdy dumnie dzierżył w ręku gitarę. Nie trudno było zauważyć, że w imprezie uczestniczą całe pokolenia począwszy od małych dzieciaków a skończywszy na facetach jak to się zwykło mówić w podeszłym wieku. Prowadzący koncert cały czas organizował próby przed mającym nastąpić wydarzeniem. Na scenie pojawiły się takie gwiazdy jak: Leszek Cichoński (organizator tego przedsięwzięcia), Mietek Jurecki, Sebastian Ridel, Ewelina Flinta, Paweł Kukiz, Ryszard Sygitowicz i wielu innych wybitnych polskich i zagranicznych gitarzystów jak choćby Carlos Jonson[USA]. Punktualnie o godzinie 16-tej każdy uczestnik wziął do ręki swoją gitarę i zaczął grać najlepiej jak potrafił. Umiejętności były bardzo zróżnicowane, ale poparte duża dawką adrenaliny i totalnego zaangażowania. Ogromna masa ludzi grająca w jednym czasie ten sam utwór robiła piorunujące wrażenie na przechodniach, którzy z otwartymi ustami oglądali ten spektakl. Duch Jimiego unosił się w powietrzu a gitary akustyczne doskonale współgrały z elektrykami . Kiedy wszyscy skończyli grać do koncertu niespodziewanie włączył się wrocławski hejnalista, który z wieży ratusza zagrał przepięknie na trąbce "hej joe". Gdy dźwięki trąbki zamilkły w górę powędrowały ręce trzymające gitary, a cały rynek przypominał gitarowe morze.
Rekord z ubiegłego roku został pobity, po podliczeniu wszystkich głosów okazało się, że wynosi 1951 a ten pięćdziesiąty pierwszy to pewnie byłem ja.
Witold Mieszko
|