Maraton w Teatrze Wyspiańskiego
Po raz trzeci miałem okazję zobaczyć w Teatrze Wyspiańskiego w Katowicach ten wspaniały brytyjski zespół i była to nie lada gratka, bo to trzydziestolecie działalności artystycznej formacji spod znaku progresywnego rocka. Ale poklei.
Suport : Final Conflikt i Credo
Obydwa zespoły grały po blisko półtorej godziny i zaprezentowały całkiem dobry poziom progresywnego rocka, niejeden polski czołowy zespól mógłby się wiele od nich nauczyć. Pierwszy to mieszanka młodości z doświadczeniem mam tu na myśli muzyków młody świetnie radzący sobie basista i perkusista połączyli siły z ze starszymi i bardziej doświadczonymi artystami : klawiszowcem i dwoma, co ciekawe śpiewającymi na przemian gitarzystami .Ich muzyka to bardzo dynamiczna mieszanka rockowego grania z ciepłą barwą głosu obydwu wokalistów. W zespole na scenie panowała serdeczna atmosfera muzycy często uśmiechali się do siebie podchodzili jeden do drugiego by wspólnie poszaleć, dało się odczuć radość ze wspólnego grania i bycia razem na scenie, bawienia się i delektowania wspólnie wydobywanymi dźwiękami.
Druga kapela "Credo" to już bardziej awansowana zarówno wiekowo jak i technicznie grupa. Charakterystyczny zapadający w pamięć frontmen Mark Colton z lekkim brzuszkiem w koszuli z trupią czaszką biegający po scenie i robiący niezły show. Co ciekawe ów wokalista sprawiał wrażenie człowieka perfekcyjnie wykonującego swoje partie ale nie angażującego się emocjonalnie w to co robi na scenie. Patrząc na niego zauważyłem, że nie wpadał w trans podczas odtwarzania skomplikowanych kompozycji tak jak to czynił np. Jim Morrison śpiewając bacznie wpatrywał się w reakcje publiczności i żywo utrzymywał z nią kontakt Mark Colton to człowiek, który musi trzymać rękę na pulsie i cały czas kontrolować przebieg wydarzeń, trochę szkoda bo gdyby się bardziej zaangażował byłby bardziej wiarygodny. Na uwagę zasługują przepięknie grane solówki gitarzysty Tima Birrella , które powalały na kolana. Resztę zespołu tworzyli :
Perkusista Martin Meads w charakterystycznej bandamce a'la Roger Glover Deep Purple. Klawiszowiec Mike Varty oraz basista Jim Murdoch . W czasie koncertu miał miejsce zabawny incydent mianowicie wokalista szalejąc na scenie nierozważnie nadepnął na podstawę statywu mikrofonu, który gwałtownie odbił się w jego kierunku niczym grabie ogrodowe ,w ostatniej chwili zdołał go złapać ratując swoje uzębienie i jak gdyby nigdy nic przejść do śpiewania, po chwili zaczął się z tego śmiać spoglądając na reakcje publiczności. Cały występ zakończył się owacją na stojąco a później w holu teatru można było zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z zespołem. Przypomniała mi się atmosfera z Andaluzji, a tak na marginesie dyrektor piekarskiego domu kultury też był obecny na koncercie w Teatrze Wyspiańskiego.
Około 21:30 na scenę weszła główna gwiazda wieczoru Pendragon. Już po pierwszych dźwiękach dało się odczuć, że są to artyści nietuzinkowi i nie przez przypadek należą do światowej czołówki progresywnego rocka. Niesamowity głos Nika Bareta no i ta jego niepowtarzalna gitara. To wszystko poparte wirtuozerskimi popisami klawiszowa Nolana, solidnym basem i uwaga nie zawaham się użyć tego słowa nietuzinkowym perkusistą, który dodawał nie tylko publiczności ale i zespołowi takiego zastrzyku pozytywnej energii, że mógł by z powodzeniem zastąpić w reklamach Red Bulla. Tych czterech muzyków potrafi wyzwolić w ludziach niebywałe emocje. Muzyka prezentowana przez zespól powoduje to, że wszyscy widzowie mają wrażenie jakby dotykali piękna. Każdy kto miał okazję zobaczyć występ Pendragonu na żywo zostaje automatycznie uzależniony od narkotyku w postaci rewelacyjnej muzyki i czuje potrzebę i nieodpartą chęć by ciągle powracać na następne koncerty. Ja zawsze wracam jak bumerang i bardzo polecam każdemu kto jeszcze nie był.
Wielu artystów światowego formatu próbuje wspomagać swoje koncerty całą paletą efektów specjalnych Pendragon tego nie potrzebuje wystarczy że zaczną grać i już każdy słuchacz przenosi się w świat magii. Tak dobrze i długo dawno się nie bawiłem, była to prawdziwa uczta muzyczna. Balsam dla skołatanych codziennością nerwów, możliwość przeniesienia się w świat marzeń, świat baśni. Bisom nie było końca zespół wychodził dwukrotnie a koncert trwał i nikt mimo, że była już blisko pierwsza w nocy nie miał zamiaru opuszczać tego magicznego miejsca.
Witold Mieszko
SACRUM PROFANUM KRAKÓW 2008
Formuła przedsięwzięcia oparta jest na prezentacji muzyki w odniesieniu do fundamentalnej roli wzajemnie przecinających się w muzyce XX wieku motywów sacrum i profanum, a także kryterium geograficznego. Wokół tych osi koncentrują się poszczególne edycje Festiwalu poświęcone kolejno muzyce Wiednia, Francji, Rosji, USA. Widoczny zwrot wydarzeń w stronę muzyki współczesnej i awangardowej ujawnił się podczas ostatniej "amerykańskiej" edycji w 2007r.
Tegoroczna edycja imprezy poświęcona została w całości najważniejszym twórcom i zjawiskom muzycznym Niemiec XX wieku
To najważniejsza w Polsce ale i w Europie promocja niemieckiego repertuaru współczesnego,
Poczynając od Kurta Weilla , Karlheiza Stockhausena, Hansa Wernera Henzego , Helmuta Lechenmanna , heinera Goebbelsa, oraz wolfganga Rihma, kończąc na najważniejszych nurtach muzyki elektronicznej prezentowanych przez Krawftwerk - legendarną formację z Dusseldorfu, znaną że swoich odkryć na polu eksperymentalnych i syntetycznych brzmień i uznawaną za prekursora gatunków spod znaku ,elektro, hause, rave, techno i in.
Koncert Kraftwerku odbył się w trzy kolejne wieczory 19- 20 -21 września w postindustrialnych przestrzeniach fabryki, a dokładnie wielkiej hali fabrycznej umiejscowionej na terenie Nowej Huty .
Nowa Huta - to cześć Krakowa powstała w latach 1949 - 51 zaprojektowana od podstaw na samodzielne miasto liczące 220 tys. mieszkańców i o powierzchni 1107 km2. Najważniejszym zakładem przemysłowym Nowej Huty jest Kombinat Metalurgiczny na terenie którego odbywał się koncert . Przy bramie głównej musiałem opuścić swój pojazd gdyż do docelowego miejsca dowoziły nas podmiejskie autobusy. wśród licznie zgromadzonej rzeszy fanów dało się słyszeć wielu obcokrajowców począwszy od Anglików Czechów, Niemców, a skończywszy na Węgrach. Czuło się w powietrzu, że jest to wyjątkowa chwila i wyjątkowe miejsce. Autobusy naładowane po brzegi kursowały bez przerwy, a ja byłem trochę zaskoczony taką ilością ludzi gdyż jak już wcześniej wspomniałem był to trzeci koncert z rzędu. Pierwszy raz miałem okazje zobaczyć Krawftwerk w latach osiemdziesiątych kiedy to dali niepowtarzalny spektakl w katowickim Spodku. Przywieźli wtedy dwadzieścia ton sprzętu nagłośnieniowego i byli w owych komunistycznych czasach nie lada atrakcją.
Po wyjściu z autobusu zastanawiałem się czy ten obecny koncert będzie podobny do poprzedniego, ale już wyjątkowy wygląd hali produkcyjnej zwiastował cos zupełnie innego mistycznego i niepowtarzalnego. Na zewnętrzne ściany ogromnego gmachu padał fioletowy słup światła a okalające sale drzewa były pięknie podświetlone od spodu. Wewnątrz panował niesamowity klimat który od razu po wejściu uderzał każdego wchodzącego widza. Na przedniej ścianie głównego holu ustawiono ogromne plansze przedstawiające program imprezy na suficie wisiały dźwigi a właściwie haki na łańcuchach metalowe szyny i inne konstrukcje z epoki Stalina. wszyto wykonane z tysięcy ton stali .umieszczone w strategicznych miejscach jupitery dawały kapitalny nastrój rodem z filmu Batmana to wszystko połączone z elementami nowoczesnej techniki współczesnej w postaci czterech ogromnych telebimów i kapitalnego nagłośnienia. W tymże holu można było nabyć pamiątkowe koszulki za jedyne 50 zł. oraz czasopisma opisujące całą imprezę. Idąc dalej napotkałem ochroniarzy wpuszczających na główna sale i kierujących ludzi na odpowiednie sektory. Owi ochroniarze ubrani byli w czerwone koszule krawaty i czarne spodnie całkiem przypominali mi ten Krawftwerk z przed dwudziestu paru lat. Po przejściu przez bramki kontrolne przemieszczałem się pod gigantyczną, aluminiową konstrukcją składającą się z chyba miliona rurek, a całość tworzyła sektor dla fanów, którzy mieli miejsca siedzące.
Ja niestety miałem bilet na płytę ale dzięki temu mogłem podejść bliżej sceny i zobaczyć wszystko z bliska. Całość robiła piorunujące wrażenie, rzekłbym nie z tego świata a dopełnieniem była kapitalna gra cieni i świateł fioletu, granatu i ciemnych mrocznych zakamarków hali. Wydawało mi się że jestem na spektaklu w teatrze "Witkacego: lub na wystawie" Hasiora: w Zakopanem. Scena została całkowicie zasłonięta opadającą na nią kurtyną już na sam widok miałem ciary na plecach ale nie byłem pewien czy z emocji, które się we mnie uwolniły czy z przenikliwego zimna. Gdy wybiła godzina 21:00 zgasły wszystkie światła a na tle kotary było widać cztery sylwetki przypominające roboty podświetlone na czerwono. Każdy fragment mojego ciała wypełniła powalająca muzyka . Wreszcie kurtyna została odsłonięta, a na scenie stali prawie nieruchomo muzycy ubrani w obcisłe skórzane kurtki. Za ich plecami został umieszczony panoramiczny ekran podobny do tych jakie można zobaczyć w "Multikinach." "Na jego tle wyświetlano w czasie wykonywanych utworów filmy idealnie komponujące się z wykonywaną muzyką .Całość wyglądała imponująco ale to wszystko to jeszcze nic . Na wielu koncertach byłem, nawet już tego nie liczę, ale jeszcze takiego perfekcyjnego nagłośnienia nie słyszałem. Basy i drgania płynące z każdej strony, a najwięcej z podłogi wprawiły nie tylko moje spodnie w ruch, ale i całą halę . Moje wnętrzności doznały czegoś co można by porównać do masażu relaksacyjnego, a dźwięki atakujące z każdej strony me ucho sprawiały, że zapadłem w stan medytacji. Stojąc tak tym błogostanie nie mogłem zrobić ani kroku ale wcale nad tym faktem nie ubolewałem .Efekty soraund słyszane w kinie to bułka z masłem w porównaniu z tym czego mogłem tutaj doświadczyć. Przy utworze "Autobahn" ciężarówkę przejeżdżającą słychać było dookoła więc wszyscy odwrócili instynktownie głowę w tył myśląc ze cos nadjeżdża . Przy"Toure De France" mogliśmy na telebimach oglądać prawie cała historie współczesnego kolarstwa i porównać jak na przestrz-""eni lat zmieniała się technika jazdy, sprzęt i oprawa wyścigu. Z kolei przy "Trans Europa Exspres" - podziwiać można było zarówno krajobrazy, przez które przemieszał się ten wyjątkowy pociąg jak i całą gamę dźwięków przypominających idealnie stukot pociągu.
Przy utworze "ComputerWelt : widać było jak bardzo różnią się współczesne cacka od tych pionierskich komputerów. Wreszcie w czasie "Tashen Rechner" wokalista zespołu a właściwie lider zaśpiewał w języku polskim "jestem operator i mam swój kalkulator" czym wzbudził ogólny aplauz. Po około 1h 30 min scena ponownie została zasłonięta ale tylko na moment by muzyków zastąpiły grające albo ruszające się w rytm utworu "Die Roboter" roboty. Po tym utworze, ponownie na scenie pojawili się muzycy w odblaskowych kombinezonach by zagrać na bis "elektro kardiogram", "Aero Dynamic" i Music Nin stop" przy tym ostatnim numerze wykonawcy pojedynczo zaczęli opuszczać scenę uprzednio się kłaniając a na sam koniec lider i wokalista schodząc ze sceny, zwrócił się pierwszy i ostatni raz do publiczności w te słowa "dobry wieczór Kraków, dowidzena" , a ja wracając ciemną późną nocą do domu długo zastanawiałem się czy on przypadkiem nie pomylił słowa dobry wieczór z dobranoc.
Witold Mieszko
Hop hop w szklankę piwa
W dniach 12 - 14 września 2008 na Polach Marsowych w Parku Chorzowskim odbyły się Tyskie Urodziny. Tyskie to już 380 lat Śląskiej tradycji warzenia piwa.
W dniach 12 - 14 września marka obchodziła swoje 380-te urodziny i z tej okazji zorganizowała wielką imprezę dla mieszkańców Śląska, zapraszając wszystkich do wspólnego biesiadowania.
W piątek oprócz licznych konkursów, atrakcją wieczoru była Maryla Rodowicz,w sobotę natomiast na scenie szalał Shakin' Dudi . Na zakończenie trzydniowej imprezy wystąpiły takie gwiazdy jak Dżem i Elektryczne Gitary .
Z powodu przenikliwego zimna i niesprzyjającej aury udało mi się uczestniczyć tylko w jednym koncercie ale za to znakomitym. Był to występ Elektrycznych Gitar. To zespół rockowy utworzony w 1990 roku przez Rafała Kwaśniewskiego, Piotra Łojka i Kubę Sienkiewicza. Kapela zdobyła rozgłos mimo, że lider zespołu Kuba Sienkiewicz nigdy nie ukrywał, że nie traktuje stylistyki rockowej zbyt poważnie, mówił że jest ona jedynie elementem parodii " na koncertach gram tak ,żeby uzyskać jak największą parodie tego co robię ,nawet solówki wycinam tak, jakby same z siebie się naśmiewały" powiedział 1994 roku w książce "Jestem zdrowy". Jednak te słowa wypowiedziane przed laty nie mają się nijak do rzeczywistości . Już po pierwszych taktach dało się wyraźnie odczuć, że w muzyce zespołu sporo się zmieniło. Elektryczne Gitary to prawdziwa gwiazda polskiej sceny rockowej. Muzycy znacznie odeszli od żartobliwych piosenek o charakterze ogniskowym i położyli większy nacisk na profesjonalizm wykonania utworów oraz zadbali by koncert był urozmaicony. Od razu zauważyłem bogatsze i pełniejsze brzmienie, na które składał się sześcio strunowy bas- Tomasz Grochowalski, Piotr Łojek- instrumenty klawiszowe, na perkusji niezwykły showmen -Leon Paduch, który nie potrafił usiedzieć za zestawem perkusyjnym i co chwilę biegał do publiczności, pokazując swoje umiejętności taneczne. Jacek Wąsowski gitara solowa Jakub Sienkiewicz gitara śpiew a całość dopieszczał Aleksander Korecki który przepięknie grał na saksofonie i flecie. Niemożliwą wiec sprawą było, by tak liczny zespół mający w swoim składzie tylu muzyków podchodził do koncertu w żartobliwy sposób. Moim skromnym zdaniem fenomen tego zespołu polega na tym, że w znakomity wręcz mistrzowski sposób potrafią połączyć na pozór proste wpadające w ucho teksty, które można grać przy ognisku z bogactwem różnorodnych dźwięków .Jak sam Kuba Sienkiewicz powiedział w gramy cały czas to samo tylko na różne sposoby .a te różne sposoby jak widać słychać i czuć ciągle ewaluują, to w nurcie i stylu coraz bardziej wysublimowanym i wyrafinowanym.
W czasie jednej godziny i trzydziestu minut muzycy zaprezentowali całą plejadę znanych radiowych i filmowych przebojów takich jak :"Jestem z miasta", "Włosy"," Dzieci wybiegły", "Dyzma", "Głowy Lenina", "Wytraciłaś," "Co powie ryba" "Człowiek z liściem" i wiele innych piosenek swoją drogą nie zdawałem sobie nawet sprawy ile hitów mają na swoim koncie ,a Kuba Sienkiewicz poprawiając ciągle swój warsztat wokalny i instrumentalny przypomina mi coraz bardziej Marka Knopflera i wcale nie mam tu na myśli twarzy.
Witold Mieszko
WIELKA BIESIADA W SERCU PIEKAR
W trzecim dniu przebojowego weekendu z "Radiem Piekary" gwiazdą wieczoru był zespół T.Love. Zespół założony w 1982r. Jako Teenago love alternative (Pod tą nazwą funkcjonował do roku 1987). Zygmunta "Muńka" Staszczyka (wokal początkowo także gitara basowa,) Janusza Knorowskiego (gitara) Dariusza Zająca (klawisze) i Jacka Wudelckiego (perkusja).
Zespół założony przez kolegów uczęszczających do 4 Liceum w Częstochowie, stąd przebój . Grupa zdobyła sporą popularność w 1984 r., gdzie wystąpiła w charakterze gwiazdy na festiwalu w Jarocinie. Szybko zdobyli sympatię punkowej publiczności. Działalność zespołu została przerwana z powodu wyjazdu w roku 1989 Staszczyka do prazy w Anglii.
Staszczyk wrócił w 1990 r. I reaktywował zespół (ze starego składu nie pozostał jednak nikt, poza wokalistą) w nowym składzie znaleźli się: gitarzysta Jan Bednarek, perkusista Sindney Polak, gitarzysta Jacek Perkowski i basista Paweł Nazimek.
Na stadionie MOSiRu panuje bardzo specyficzna atmosfera, każdego roku dzięki rozgłośni "Radio Piekary" całe rodziny biesiadują przy grillowych ogródkach i popijają piwo. W tle stadionu widać rozświetlone kolorowym światłem karuzele, na których szaleją młodsi fani piekarskiej imprezy. Mimo, że trybuny są zawsze szczelnie wypełnione przez, jak to określił wokalista zespołu "Muniek", - "starsze pokolenie fanów" to na płycie stadionu jest sporo luzu i wolnego miejsca, wiec każdy bez większych problemów ma okazję w miarę komfortowych warunkach rozkoszować się muzyczną ucztą . Wśród licznie zgromadzonej na płycie Stadionu publiczności dała się zauważyć, szybko przemieszczająca się wysoka postać z aparatem fotograficznym na szyi, to nie kto inny jak pasjonat fotografiki i założyciel portalu internetowego Bartosz Makieła. Koncert rozpoczął się punktualnie o godzinie 20:00, zespół wydawał się być w świetnej formie, przede wszystkim kondycyjnej dając 1.45 h show, w czasie którego zaprezentowali bardzo zróżnicowany repertuar począwszy od słonecznych rytmów regge, a skończywszy na dynamicznym, żywiołowym rock'n'rollu. Wokalista zespołu "Muniek", ma w sobie to "coś" co powinien mieć każdy parający się śpiewaniem muzyk mianowicie blues na scenie, bardzo dobry kontakt z publicznością, charakterystyczny głos. Ubrany w ciemny polar i obcisłe spodnie stał przez większa część koncertu na kolumnie pogłosowej, trzymając w charakterystyczny sposób statyw z mikrofonem alla David Copverdale'a "White Snake" no i oczywiście na jego twarzy nie mogło zabraknąć przeciwsłonecznych okularów. Zespół przypomniał całą plejadę największych przebojów tj. "Warszawa", "Na bruku, "Rewolucja", "Dzikość serca", "Stany", "I love you", "Bóg", "Chłopaki nie płaczą", "Jest super", "Stokrotka", "Nie, nie, nie", "Ajrisz".
Teksty "Muńka" często negowały obecne czasy, ale we wczorajszym koncercie miały charakter bardziej rozrywkowy niż polityczny. W czasie wykonywania utworów "Muniek" nie tylko podrywał do boju publiczność krzycząc ze sceny kilkanaście razy żeby dali głos, ale i dbał by ochrona koncertu nie wykręcała rąk zagorzałym fanom, którzy podchodzili zbyt blisko, zagroził nawet przerwaniem koncertu. Na uwagę zasługuje nowy gitarzysta z dredami i w kolorowej czapce alla Bob Marley, który bardzo żywiołowo i ekspresyjnie poruszał się po scenie wnosząc bardzo duży powiew energii do występu grupy. Po około półtorej godziny zespół zszedł ze sceny, a prowadzący koncert prezenterzy Radia Piekary - Jacek Swoboda i Marcin Hirnyk wywołali zespół na trzy bisy, które zakończyły się znanym standardem "Everythings gonna be allright". Na tym nie koniec emocji, ta wspaniałą trzydniową imprezę uwieńczył kapitalny pokaz sztucznych ogni przewyższający swym rozmachem niejednego sylwestra. Wracając do samochodu spotkałem po drodze rodzinę z córką ucharakteryzowaną na "Dodę" na prośbę pozostałych członków familii zaczęła śpiewać nowy przebój Dody "Nie daj się" to mnie bardzo rozbawiło w kontekście zaczynającego się nazajutrz nowego roku szkolnego.
Witold Mieszko
"POLICJANCI"
The Police - zespół, który grając na żywo został obwołany niezwykłą indywidualnością sceniczną . To kapela, która potrafi pobudzić do życia, a wyjątkowe dźwięki nagrane w studiu przemienić w coś zupełnie nieziemskiego w trakcie wykonywania ich na żywo.
Każdy z członków The Police z zupełnie innej szkoły muzyczne: Summers grał z The Animals, Soft Machine i Kevin Ayers ; Copeland był członkiem Curved Air, ma na swoim koncie również epizod solowej kariery jako Klark Kent, prowadził również radio studenckie w Kalifornii, Sting grał w różnych grupach nurtu jazz fusion.
Dzięki stanowczej i powalającej gitarze Sammersa, niepowtarzalnej perkusji Copelanda oraz skocznym basom i wznoszącym się na wyżyny wokalom Stinga The Police bezdyskusyjnie stali się ambasadorami nowego gatunku nazwanego później New Weive. Outhandoes D'Aamour, ich pierwszy album pod szyldem A@M został wydany w 1978 i szybko wzniósł się na listy przebojów przynosząc takie hity jak "Roxanne" i "So lonley". Ich piąty i obecnie ostatni album "Sinchronicity" wydany w 1983 dotarł do pierwszego miejsca listy Wielkiej Brytanii i USA sprzedając się tam w ponad 8 mln nakładzie. Zespół rozpadł się w połowie lat 80-tych jednak reaktywował w 2007 ogłaszając światową trasę koncertową, która została zaplanowana do połowy 2008 roku. Do roku 2007 zespół sprzedał ponad 50 mln albumów na całym świecie, w tym ponad 22 w USA. Najnowsza trasa nosił nazwę "The Police Reunion Tour" rozpoczęła się 28 maja w Vancouver, gdzie zespół zagrał dla 22 tysięcy fanów, ale Copeland ocenił występ jako niewiarygodnie słaby "Uderzyłem w gong w złym momencie i wielkie pompatyczne otwarcie imprezy zmieniło się w niewypał. Zwykłe potrzeba od 4 do 5 koncertów żeby zaliczyć klapę ale my jesteśmy The Police i jak zawsze wyprzedzamy harmonogram." Największy koncert z tej trasy odbył się w Dubilnie dla 82 tysięcy fanów.
W lutym 2008 zespół ogłosił, że po zakończeniu trasy ponownie się rozpadnie i nie nagra nowej płyty. Po zakończeniu trasy Sting planuje nagrywanie nowego materiału : " Nie potrafię pisać w trasie, nigdy tego nie robiłem, potrzebuje spokoju i ciszy, więc kupiłem sobie dom we Włoszech. Jeżdżę tam i czekam na natchnienie, albo chodzę na długie spacery myśląc o tym czego nauczyłem się w ostatnich latach i co by mogło zainteresować moich słuchaczy."
Copland dodaje - "Ta trasa zajmie nam czas do lutego, nowa płyta oznaczałaby kolejne trzy miesiące z dala od domu, nie chce poświęcać na to tyle czasu. Po upływie roku rozstajemy się będąc przyjaciółmi. Sting i Andy są bardzo ważnymi dla mnie ludźmi, z którymi miałem w przeszłości wiele nieporozumień i kłótni, jesteśmy zupełnie jak bracia to będzie fantastyczny rok. Czego jeszcze moglibyśmy chcieć?"
Jadąc na ten koncert starałem się nie oczekiwać zbyt wiele, gdyż znając Stinga i jego solowe koncerty wiedziałem, że nie można liczyć na wielkie widowisko sceniczne. Poprzednie jego dwa występy bardzo mnie zawiodły. Pierwszy raz tłukłem się do Warszawy i pół dnia spędziłem na trawniku przed Stadionem Gwardii. Stadion nieciekawy, podłoże przypominające klepisko, scena bardzo uboga podobnie jak i oświetlenie przypominające komunistyczny Dom Kultury w Zebrzydowicach. Sting po prostu odśpiewał swoje, dał jeden bis i ku mojemu zaskoczeniu zszedł ze sceny. Wracając do domu cała noc autobusem byłem bardzo zdegustowany i stwierdziłem, że nie warto było. Moja frustracja byłą spowodowana dużymi oczekiwaniami gdyż wcześniej udało mi się zobaczyć jego koncert z Japonii na kasecie viedeo i tam był wielki show, a Stingowi towarzyszyło wielu muzyków. Do Polski przyjechał w okrojonym składzie i specjalnie się nie wysilił. Znacznie lepiej wypadł koncert w katowickim Spodku, aczkolwiek też nie powalił mnie na kolana. Wiele mówiło się o reaktywacji "Policjantów" ale ja postanowiłem zobaczyć to na własne o czyi i wyrobić sobie zdanie. Po podejściu do Stadionu zauważyłem , że "koniki" sprzedają bilety po 50 zł, a moja córka miała okazję wejść za darmo. Ciekawy jestem czemu ceny biletu spadły tak drastycznie w dół?
Po podejściu do pierwszej lepszej bramki mało sympatyczny ochroniarz poinformował mnie, że tym wejściem mnie nie wpuści bo mam bilet na płytę i, że tamuję kolejkę. Wiec nie pozostało mi nic innego jak obejść połowę Stadionu i skierować się do odpowiedniego wejścia. Tam czekał już na mnie spory tłum, a kiedy dotarłem do wejścia ochroniarz fossy spytał mnie o zawartość plecaka - czy mam butelki i aparat fotograficzny. Oczywiście odpowiedziałem, że nie mam bo chyba by mi go zabrali i wtedy nie zrobiłbym pamiątkowych zdjęć. Przechodząc tunelem prowadzącym na płytę przypomniał mi się Genesis w deszczu rok temu. Tym razem nie lało, a nawet było ciepło. Idąc w odpowiednim kierunku dobiegały mnie dźwięki saportującego zespołu o nazwie "Counting Crows". Po scenie biegał wokalista z dredami na głowie posiadał bardzo przyjemną barwę głosu i przekazywał publiczności dużo pozytywnej energii. Koncert tego zespołu wprawił mnie w bardzo sympatyczny nastrój , chociaż była kobieta, która w tym czasie siedziała na płycie i czytała książkę. Widać książka musiała bardzo ją wciągnąć bo zupełnie nie zwracała uwagi na to co dzieje się na dużej scenie . Zespół skończył grać o 20:45. Punktualnie o 21:00 rozbrzmiały pierwsze dźwięki "Mesagge in the bottle" cały Stadion a było tam ponad 50 tys. Fanów śpiewał razem z grającymi muzykami. Publiczność oszalała przy drugim utworze "Walkin On The Moon" wtedy do mnie dotarło, że to będzie wyjątkowy wieczór ,i że koncerty Stinga znacznie różnią się od tego co proponują "Policjanci". Następnie "Demolition Man" po prostu wbił mnie w płytę Stadionu a "Roxanne" powalił resztę fanów na kolana. Dało się odczuć, że wszyscy muzycy są w świetnej formie mimo sędziwego wieku. Fenomenalny perkusista w swoich rowerowych rękawiczkach szalał na perkusji trzymając w charakterystyczny sposób pałeczkę, a jego wyrzeźbiony triceps rzucił mi się od razu w oczy . Sting z zarostem srebrzystym, niczym święty Mikołaj śpiewał kapitalnie, zachowując przy tym stoicki spokój i opanowanie. Nauczył się też paru słów po polsku "dziękuję, dobry wieczór Katowice!". Zawsze imponowała mi jego wysportowana sylwetka i niezwykłe umiejętności kompozytorskie. Najmniejsze wrażenie zdawał się robić gitarzysta Summers, na którego twarzy widać było cierpienie, a może przejęcie ogromem fantastycznych dźwięków, które miał tego wieczoru do zagrania. Dal mnie rify gitarowe, które wydobywa ten człowiek są zjawiskowe. Przy "Evry Litlle Thing Is Magic" wydawało mi się, że Sting przestał się wyrabiać w górnych rejestrach, ale myślę, że po prostu źle połknął ślinę i się zakrztusił, stąd te załzawione oczy postawione w słup. Następnie "Wrepped Around your Finger" Stadion szalał, po trybunach przechodziła meksykańska fala. Nie wiedziałem czy mam filmować zespół czy publiczność szalejącą po trybunach. W żaden sposób nie dało się odczuć tego, że Copland i Sting byli ze sobą skonfliktowani . Bili się na próbach , a na koncerty latali osobnymi samolotami. Jak mówi perkusista zespołu, "mimo różnic ich dzielących zawsze imponowała mi u Stinga przebojowość i charyzma".
Następnie poleciał "Can't stop lousing you", kapitalna gra świateł, perfekcyjne wykonanie jak z płyty. Następnie "De Do Do Do De Da Da Da" cały Stadion jodłował wraz z rozśpiewanym matematycznie liczącym wydobywane dźwięki Stingiem. Byłem tak podekscytowany tym co się dzieje, że nie zauważyłem jak wyczerpały mi się akumulatorki w aparacie fotograficznym.
Gardło miałem ściśnięte, nie mogłem z siebie wydusić słowa. Ludzie cykali sobie zdjęcia na tle ogromnych telebimów a było ich aż cztery. Starałem się w charakterystyczny dla mnie sposób przemieszczać po całej płycie Stadionu, gdyż chciałem zobaczyć koncert i bawiących się, a w zasadzi tańczących ludzi z innej perspektywy. Po drodze spotkałem paru znajomych, którzy tańczyli w parach unosząc się w rytm "Every Breath You Take".
Po około godzinie i czterdziestu minutach zespół wziął się za ręce i pięknie kłaniając zszedł ze sceny. Rozbłysły wielkie jupitery rozświetlające stadion i w wiadomo było, że to już koniec.
W drodze powrotnej oczywiście dowiedziałem się, że Hiszpania pokonała Rosję 3:0.
W radiowej "Trójce" jak zwykle Piotr Kaczkowski prowadził audycję poświęconą koncertowi "The Police". Ludzie wracający do domu dzwonili bezpośrednio ze swoich samochodów i opowiadali na gorąco o swoich wrażeniach. Ku mojemu zaskoczeniu opinie były bardzo zróżnicowane i zdania bardzo podzielone. Jednym się bardzo podobało innym nie. Niektórzy twierdzili, że zabrakło chemii między publicznością, a zespołem. Jednej kobiecie zabrakło kilku utworów z "Sinchronicity" w związku z czym była bardzo rozczarowana, na co Kaczkowski odpowiedział, że przecież nie byliby w stanie wszystkiego zagrać. Niektórym nie podobały się światła i oprawa sceniczna, był również jeden głos mający zastrzeżenia do nagłośnienia. Ze zdumieniem słuchałem tych bzdur i z każdą chwilą stawałem się coraz bardziej pobudzony i zły. Kobieta mieszkająca na Tysiącleciu twierdziła, że było kapitalnie słychać, nie musiała nawet iść pod Stadion. Następny telefon : Słuchaczka nazwała Stinga muzykiem matematycznym, tzw. "Paracelluszem" muzycznym (Tu aplauz Kaczkowieskiego za kapitalne sformułowanie). Na szczęście w audycji przeważały opinie pozytywne.
Sting jak sam twierdzi o sobie nie chce by ludzie mówili o nim "A Sting wiemy". Chce ciągle zaskakiwać być ciągle zaszufladkowanym. Copland na pytanie "dlaczego zająłeś się perkusją" - w żartobliwy sposób odpowiada- "bo byłem mały i chudy i potrzebowałem dużego instrumentu żeby wyrównać wszystkie swoje braki. Gitara była za mała, perkusja była odpowiednim instrumentem. Co ciekawe muzyk twierdzi, że zdumiewa go wielkość sukcesu jaki odniósł ten zespół. Celem było pozyskanie niewielkiego grona sympatyków bo była ważna intensywność uczuć, a pytanie "Co jest ważne u muzyka" odpowiada, że zaufanie do samego siebie, przetrwać w showbiznesie jest bardzo trudno, więc zaufanie jest ważne. Był też jeden ciekawy telefon od słuchacza, który nie mógł być w Chorzowie dlatego wcześniej wybrał się do Manchesteru. Sala dziwna, balkonowa, na około 17 tys. Ludzi. Ludzie siedzieli gdyż przeważały miejsca siedzące i bardzo ozięble reagowali na wydarzenia. Słuchacz bardzo to przeżywał, zdziwiony był tak słabą reakcją publiczności gdyż wyobrażał sobie, że na takim koncercie powinni mieć ciary na plecach i żywiołowo reagować na każdy utwór zagrany przez zespół. Kaczkowski skwitował, że to co teraz grają "Policjanci" to perfekcja do granic absurdu ale i co za tym idzie niestety komercja do granic absurdu, a wszystko po to żeby zarobić w trasie 340 mln dolarów , co daje im trzecie miejsce w rankingu najbardziej dochodowych tras w historii muzyki rockowej. Podsumowując myślę, że impreza porównywalna z ubiegłorocznym Genesis , a wszystko zależy od tego w jakim otoczeniu się stoi oglądając koncert i to w znaczny sposób wpływa na to czy wychodzi się zadowolonym czy nie, a wracając rok temu z Genesis i teraz z Policjantów żałowałem, że mam tak blisko do domu.
Witold Mieszko
Zabytkowy trabancik
Metallica to jeden z zespołów, który odniósł największy sukces komercyjny, a jednocześnie miał największy wpływ na rozwój muzyki w latach 90-tych. Ponad 90 mln sprzedanych płyt, z czego 57 mln w USA. Laureaci 7 Nagród Grammy oraz 4-ktotnie na szczycie listy Bilboard 200 . Album zespołu wydany w 1991 roku sprzedał się w ponad 14 mln egzemplarzy, co plasuje go na 25 miejscu najlepiej sprzedających się płyt w Stanach Zjednoczonych. Metallica to ulubiony zespół mojego dzieciństwa i moich lat szkolnych.
W środę 28 maja 2008 miałem okazję usłyszeć i zobaczyć ich po raz piąty, w tym trzy razy na Stadionie Śląskim w Chorzowie i dwa razy w katowickim Spodku. Jadąc na Stadion miałem pewne obawy, gdyż słyszałem w radiu o korkach ciągnących się od Katowic, aż do Chorzowa, ale moje wieloletnie doświadczenie nie zawiodło i zaparkowałem samochód w dobrze zaplanowanym miejscu. Niestety minusem tego zaparkowania było to, że musiałem deptać około 20 minut do miejsca docelowego, ale za to w drodze powrotnej miałem perspektywę szybkiej ewakuacji, bez zderzenia się z gigantycznym korkiem. Po drodze spotkałem wielu fanów zespołu, zarówno tych młodych jak i tych bardzo zaawansowanych wiekowo. Pomimo wielu różnic, wszyscy wydawali być pojednani i sympatyczni dla siebie. Przed bramkami prowadzącymi na stadion ustawiły się gigantyczne kolejki, a wokoło obiektu spacerował tłum ludzi. Ci, którzy nie spacerowali leżeli sobie wygodnie na trawie i popijali napój chmielowy. W powietrzu unosił się zapach grilla, co charakterystyczne wokół stadionu grasowała etatowa szajka "koników" z kartkami "KUPIĘ BILET". Potem oczywiście go drożej sprzedawali, znam już te twarze na pamięć, bo miałem okazję spotkać ich wcześniej przed Red HotChili Peppers i Pearl Jam. Po wejściu na stadion udałem się na płytę tunelem. Ludzi stopniowo zaczynało przybywać, a o godzinie 18:00 na scenie pojawił się duńsko-francuski zespół Menemice. Nieźle rozgrzali publikę przed Machine Hadem.
Gdy na scenę wyszedł Machine Had fani jeszcze bardziej się ożywili. Zespół z Kalifornii zagrał wiele swoich przebojów, między innymi "Imperium". Odniosłem wrażenie, że kapela była zadowolona ze swojego koncertu, choć była to ich pierwsza wizyta w Polsce. Zdążyli nawet nauczyć się paru słów po Polsku np. "na zdrowie". Dużymi krokami zbliżała się godzina 00:00, stadion zaczął pękać w szwach, a fani robili falę, którą można było zobaczyć na meczach Ligi Światowej naszych siatkarzy. Punktualnie o 21:00 wielkie jupitery, zespół wyszedł na scenę. Wszyscy wstali z miejsc, rozpoczął się wielki show. Na początek Creeping Death. Tłum szalał. Po świetnym wykonaniu pierwszego kawałka wokalista zespołu Jemes Hetfield adorował polską publiczność -"nie było nas cztery lata.. to długo?" publiczność potwierdziła głośnym aplauzem - "o tak! Za długo" - powiedział Jemes. Potem przyszła kolej na wielkie przeboje jak np. "Ride the lighting", oraz moment oddechu przy kapitalnej balladzie The unfogiven" następnie zabrzmiał "And Just for all" oraz "Devill's Dance", po którym Hetfield znowu łapał kontakt z fanami -"kto już wcześniej widział Metallicę na żywo -ręka w górę" - wrzeszczał James. Odpowiedziało mu morze rąk - "Gówno prawda, podnosicie ręce, bo nie chcecie wyglądać ja fiuty". "Inaczej- kto jest tu pierwszy raz ?". Tym razem zobaczyłem mniejszą ilość wyciągniętych w górę rąk.
"Ok.! Witamy nowych. Pokażemy wam jak to się robi" - i zabrzmiał Disposable Heroes , następnie jeden z najbardziej kultowych kawałków "Master of Puppets", a cały stadion jak jeden mąż skandował tytuł utworu. Koncert powoli wchodził w decydującą fazę, a widowisko zostało zabarwione efektami specjalnymi. Gdy zabrzmiały odgłosy przypominające serię z karabinu maszynowego jasne było, że przyszła kolej na ubóstwiane "One". Miałem okazję podobnie jak reszta fanów obejrzeć wspaniałe sztuczne ognie, które wzbiły się w powietrze przy utworze "Enter Sandman" oraz słupy ognia przy końcu ostatniego utworu. Po znakomitym "Enter Sandman" na stadionie zapanowała ciemność, publiczność ogarnęło szaleństwo, pewne było, że w tym momencie jest kolej na bisy "Jeszcze tu jesteście ?" - pytał James. Wspaniały koncert zakończył się rewelacyjnym utworem "Seek ans Destroy" pochodzącym z pierwszej płyty Metallicki "Killem All".Publiczność biła brawo, na twarzach muzyków obok zmęczenia widać było szczęście i satysfakcję. Fani wręczyli zespołowi flagę Polski z napisem "METALLICA". Na koniec koncertu wykończony perkusista resztą sił wykrzyczał - "Dziękujemy Polsko! Skopaliście nam dzisiaj tyłki, umówimy się, że tym razem nie będziecie czekać aż 4 lata, przyjedziemy na rok. We wrześniu wydajemy nową płytę". Nie czekając aż zostanę stratowany przez wychodzący tłum opuściłem stadion szybkim krokiem. Przy ogrodzeniu zewnętrznym zauważyłem stojącego trabancika pokrytego czymś co przypominało rdzę, na jego masce jak gdyby nigdy nic siedzieli sobie fani i popijali piwo.
W pewnym momencie ku mojemu i ich zaskoczeniu do trabanta wsiadł młody facet i po kilku próbach uruchomił samochód. Zakopcił przy tym całą okolicę, po czym odjechał. Jak widać to NRD- owskie cacko jest nie do zdarcia ciekawy jestem, co by na to powiedział zespół gdyby dowiedział jakimi autami podjeżdżają ich fani.
Witold Mieszko
"Deszczowa piosenka"
Genesis - grupa wywodząca się z Wielkiej Brytanii, prowadzona przez klawiszowca Ton'ego Banksa. Muzyka kapeli, którą zaproponowali muzycy zespołu ewoluowała w kierunku rocka progresywnego, później soft rocka.
To co wyróżniało formację z pośród tysięcy innych to unikatowe, symfoniczne brzmienie połączone z poetyckimi surrealistycznymi tekstami i teatralnym wykonaniem. Zespół do dnia dzisiejszego uważany, przez krytyków, za jeden z fundamentów progresywnego rocka.
W ubiegłym roku miałem okazję uczestniczyć w wielkim muzycznym wydarzeniu, jakim był koncert legendarnej grupy Genesis na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Po wejściu na obiekt moim oczom ukazała się gigantycznych rozmiarów scena, o bardzo fikuśnych kształtach, w którą sprytnie zostały wkomponowane dwa owalne telebimy, a całość przypominała gigantyczny kapelusz. Stadion zaczął się zapełniać tysiącami fanów różnych narodowości. O godzinie 21 rozbłysły światła i zabrzmiały pierwsze takty muzyki. Rozświetlona scena, doskonałe nagłośnienie, perfekcyjnie wykonana muzyka, niepowtarzalny głos Phila Collinsa wywarły na mnie, jak i na tysiącach fanów, ogromne wrażenie. Ulewny, padający deszcz nie był w stanie popsuć tego wieczoru. Błyskające niebo i potoki spadającego deszczu zdawały się tworzyć wspólnie z grającymi muzykami kapitalny spektakl, którego nie powstydziliby się najlepsi reżyserzy i choreografowie. Chciałoby się powiedzieć "nikt by tego lepiej nie wymyślił". Podczas blisko dwugodzinnego widowiska zespół zagrał swoje najlepsze przeboje, wśród których nie zabrakło legendarnej "Mamy", "Invisible Touch", "Tonight", "I Can't Dance", "Home By The Sea" i pokazał, że jest nadal w świetnej formie mimo wielu lat spędzonych na scenie. Phil Collins okazał się fantastycznym showmanem i od razu złapał bardzo dobry kontakt z polską publicznością, wtrącając do swoich wypowiedzi polskie słowa, które czytał z kartki np. "Fuckin deszcz". Zabawnie też brzmiało w jego ustach słowo "dziękuję" z akcentem francuskim. Pamiętam niesamowitą drogę powrotną do domu, gdzie stojąc w gigantycznym korku widziałem ludzi przemoczonych do suchej nitki ale radosnych, którzy przyjechali z daleka i mimo czekającej ich ciężkiej podróży powrotnej wyglądali na bardzo szczęśliwych. Po wejściu do samochodu włączyłem trzeci program polskiego radia. Audycje prowadził legendarny redaktor Piotr Kaczkowski. Ludzie na gorąco dzwonili i opowiadali o swoich przeżyciach z koncertu. Jedno małżeństwo przyjechało z Gdańska, niestety - nie przeidziało aż takiej gigantycznej ulewy, więc nie mając ubrań na zmianę, pozostały im tylko suche piżamy, więc się w nie ubrali i tak wracali do domu. Wyobrażam sobie miny tych ludzi, którzy mijali ich po drodze. Audycja Piotra Kaczkowskiego trwała do samego rana, a telefony nie milkły. Słuchając jej już w domu, nie byłem w stanie zasnąć mimo zmęczenia, emocje nagromadzone we mnie i energia, którą zostałem naładowany były zbyt wielkie żeby zasnąć. Z początkiem maja 2008 ukazało się długo oczekiwane, trzypłytowe DVD pt. "When In Rome" upamiętniające tę wspaniałą trasę koncertową. Całość wydana w bardzo ładnej, otwieranej okładce do tego dołączona książeczka ze zdjęciami z trasy. Dwie pierwsze płyty to zapis koncertu nagranego w Rzymie, a trzecia zawiera materiały dokumentalne.
Myślę, że każdy zagorzały fan progresywnego rocka powinien wzbogacić swoją kolekcję o to DVD. Bardzo gorąco polecam.
Witold Mieszko
Powrót do korzeni
12 maja w ramach artystycznych Dni Izraela w Bytomskim Centrum Kultury wystąpił jeden z najważniejszych wykonawców tego kraju-legendarny Efraim Shamir. Artysta związany przez 10 lat z Polską, a konkretnie z Bytomiem, w którym przebywał do 1968 roku. Jako młody chłopak został przez ówczesne władze wydalony z kraju i po 40 latach ponownie odwiedził Bytom. Obecnie stara się o polskie obywatelstwo i jak sam powiedział "Głównym motywem do zrobienia tego kroku była tęsknota za Polską, a także chęć współpracy z polskimi artystami. Jestem Polakiem, Izraelczykiem, Żydem tęsknie do Polski. Tu spędziłem dzieciństwo, lubię Polskę, przez lata nie mogłem tu przyjeżdżać teraz chcę jeździć kiedy zechcę - tłumaczy Shamir.
Wśród licznie zgromadzonej publiczności znaleźli się przyjaciele artysty
i prezydent Bytomia Piotr Koj . Witając muzyka prezydent powiedział: "Cieszę się, że historia zatoczyła koło, można powiedzieć, że niezbadane są wyroki opatrzności. Bytom jest miastem, którego skarbem są ludzie, więc cieszymy się, że wśród nich odkrywamy także i pana."
Na pamiątkę Piotr Koj podarował Shamirowi obraz przedstawiający panoramę Bytomia.
Artysta zaprezentował bardzo różnorodny repertuar począwszy od kultowych izraelskich pieśni poprzez blues, polskie standardy np.
"Pod papugami" Czesława Niemena. Muzyk wplatał pomiędzy swoje pieśni krótkie opowieści dotyczące ich historii. Na widowni panowała niepowtarzalna atmosfera, a najbardziej zaprzyjaźnieni z wykonawcą fani podpowiadali jakie przeboje najchętniej chcieliby usłyszeć. Koncert zakończył się bisami, wśród których nie zabrakło utworów Beatelsów i jak sam artysta stwierdził "gdy skończy mi się repertuar one mnie zawsze ratują z opresji" .
Po raz kolejny przekonałem się, że najlepsze koncerty odbywają się nie na wielkich stadionach lecz w małych klubach i domach kultury, gdzie słuchacze mają bezpośredni kontakt z wykonawcą . Witold Mieszko
1 maja 2008 roku na wrocławskim rynku spotkało się blisko 2000 gitarzystów by zagrać znany temat blues - rockowy "hey joe" Jimiego Hendrixa .Celem było pobicie ubiegłorocznego Rekordu Guinnessa we wspólnej grze na gitarze, który wynosił 1881 osób.
Jechałem bardzo podekscytowany gdyż w tej imprezie jeszcze nigdy nie miałem przyjemności uczestniczyć, a jak wiadomo wszem i wobec odbywa się ona rokrocznie od 2003 roku. Wówczas to rekord wynosił zaledwie 600 osób. Moje zdenerwowanie pogłębiał fakt, że miałem tylko dwa dni na przygotowanie wymaganego materiału, na który składały się : "hey joe," "wild thing" i "Kiedy byłem małym chłopcem" Tadeusza Nalepy.
Pogoda była nie najlepsza, padający deszcz mógł sporo namieszać w tej imprezie i w znaczący sposób wpłynąć na frekwencję. Jednak tak się nie stało, z zachmurzonego nieba wyłoniło się słońce, roztaczając niesamowitą aurę nad Wrocławiem. Po wejściu na rynek moim oczom ukazał się niesamowity widok, tłumy ludzi zgromadzonych pod sceną, a każdy dumnie dzierżył w ręku gitarę. Nie trudno było zauważyć, że w imprezie uczestniczą całe pokolenia począwszy od małych dzieciaków a skończywszy na facetach jak to się zwykło mówić w podeszłym wieku. Prowadzący koncert cały czas organizował próby przed mającym nastąpić wydarzeniem. Na scenie pojawiły się takie gwiazdy jak: Leszek Cichoński (organizator tego przedsięwzięcia), Mietek Jurecki, Sebastian Ridel, Ewelina Flinta, Paweł Kukiz, Ryszard Sygitowicz i wielu innych wybitnych polskich i zagranicznych gitarzystów jak choćby Carlos Jonson[USA]. Punktualnie o godzinie 16-tej każdy uczestnik wziął do ręki swoją gitarę i zaczął grać najlepiej jak potrafił. Umiejętności były bardzo zróżnicowane, ale poparte duża dawką adrenaliny i totalnego zaangażowania. Ogromna masa ludzi grająca w jednym czasie ten sam utwór robiła piorunujące wrażenie na przechodniach, którzy z otwartymi ustami oglądali ten spektakl. Duch Jimiego unosił się w powietrzu a gitary akustyczne doskonale współgrały z elektrykami . Kiedy wszyscy skończyli grać do koncertu niespodziewanie włączył się wrocławski hejnalista, który z wieży ratusza zagrał przepięknie na trąbce "hej joe". Gdy dźwięki trąbki zamilkły w górę powędrowały ręce trzymające gitary, a cały rynek przypominał gitarowe morze.
Rekord z ubiegłego roku został pobity, po podliczeniu wszystkich głosów okazało się, że wynosi 1951 a ten pięćdziesiąty pierwszy to pewnie byłem ja.
Witold Mieszko
|